Dziewczynki wydaje mi się, że już kiedyś mówiłam o pochodzeniu Bentleya. Kocham małego nad życie, ale bardzo żałuję i jest mi bardzo wstyd, że nie jest to kotek rodowodowy. Sprawa wygląda tak, że mąż chciał mi pomóc w trudnej sytuacji po złamaniu kręgosłupa, miałam straszną depresję itp. Zawsze mówiłam, że marzę o niebieskim brytyjczyku i nastał okres, że ustabilizowaliśmy się mieszkaniowo, finansowo itp. Mąż niestety nie znając przepisów znalazł Panią, która miała małe brytyjczyki. Przez ponad miesiąc prawie codziennie wymieniał się z nią mailami, dostawał zdjęcia itp. i wybrał właśnie jego. Nie wiedział niestety o zakazie sprzedaży zwierząt bez rodowodu

. Stało się i wiem, że drugi raz nie popełnimy tego błędu. Wiemy, że kotka (miała rodowód), została wysterylizowana po swoim pierwszym i ostatnim miocie. Wydaje mi się, że Pani wychodziła z mylnego założenia, że każda kotka przed sterylizacją pownna mieć małe

. Mąż przywiózł Bentleya z pełną książeczką zdrowia, zadbanego, z wykonanymi tydzień wcześniej badaniami krwi i moczu. Co jakiś czas przesyłam Pani zdjęcia bo dopytuje się o straszego syna ulubioną "pyzę".
Dość dużo myślę o tym, że szkoda, że mąż nie porozmawiał o tym ze mną wcześniej ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie życia bez Bentley'a. Jest moim małym promykiem słońca, który mnie wita i mobilizuje, że mimo strasznego bólu kręgosłupa wstaję z nim o tej szóstej rano, ja piję kawę.. a on Viyo <lol> .
Mam nadzieję, że nas bardzo nie potępiacie
