Dzisiaj chciałem być w nocy sprytniejszy, schowałem się koło kuwetki i chciałem spróbować zwymiotować jeszcze trzeciego kłaczka- nie wiem, czy tam jest, ale postanowiłem profilaktycznie sprawdzić. Starałem się wymiotować cichutko, żeby nie usłyszała, ale nie udało się. Byłem w trakcie wypluwania ostatniej porcji, jak mnie zaczęła głaskać po główce i uspokajać. W środku wypluwki nie było żadnych kłaków. Może już ich tam nie ma?
Potem zaczęła mnie macać po brzuszku i powiedziała, że mam już nie rzygać, bo nie mam czym. Strasznie brzydko mówi, nie? No ale budzik miał zaraz dzwonić, to pewnie się zdenerwowała trochę... Nie lubię, jak mnie tak ugniata po brzuchu, wolę, jak mnie drapie za uchem.
Potem zabrała mnie do łóżka i przytulała i mówiła, że dostanę dziś nową karmę i mam się już nie zakłaczać, bo ona oszaleje ze zmartwienia. I że idą fajne puszki i szkoda by było, gdyby lądowały po paru godzinach na podłodze. W sumie tej karmy na kłaki z Royala, co mi ostatnio sypie, to mi nie było żal, bo taka sobie w smaku. Ale rybki wypluwać to żal...
Tylko tak sobie myślę, że mimo, że jesz karmę na kłaki, to dalej nimi plujesz, prawda? Czy to nie jest takie psie bieganie za własnym ogonem? Zupełnie bez sensu?
Trzymaj się Siora, dbaj o swoje gruczoły
