Dziś wielki dzień dla wszystkich, bo Hamsini miała kastrację. Dla mnie przeżycie, bo to mój "pierwszy raz" w tym względzie.
Dziewczynka pojechała do lekarza na 9. Przyjechałam po nią o 13, siedziała bidulka z półotwartymi oczami, patrzyła na wszystko spode łba. Zabrałam do Tymczasów, w domu dogrzewanie, bo jak to po markozie, zimno! Potem próby chodzenia, przewrotki, i złość, że coś nie wychodzi... Ale pierwsze kroki skierowane były do miski <diabeł>
O 16 Dziewczynka oblizywała wargi po pierwszym, bardzo lekkim posiłku, którego połowę zwróciła niedługo potem. Zrobiłam zdjęcia i pojechałam do swoich. Od tamtej pory jadła już dwukrotnie, już bez zwrotów, i Tymczas zawiadamia, że kanapa jest już opanowana. Kazałam wynieść drapak, bo wolę nie myśleć, co małej diablicy mogłoby przyjść do głowy w nocy...
