- no i babram się w pracownianej codzienności.... :-)
- wracając do naszej wyprawy to; ślub był przepiękny aczkolwiek droga do ambasady zaskakująco nieprzewidywalna jak cały Maksyk,,,a więc rano ( w dzień ślubu) pobieglismy z panem młodym do biura aeromexico sprawdzić nasze bilety samolotowe z Tuxtli Gutierez do Mexico ( dolot na powrót) bo coś mi tam nie pasowało....no i kiedy wysiedliśmy pod wskazanym adresem okazało się, że biuro jest w remoncie....następne miało być pięć przecznic dalej więc biegniemy,,,,po kilometrze biura nadal niet więc łapię taksówkę i molestuję gliniarza o informację gdzie to jest ale on twierdzi, że nie jest mapą i nie wie a Mexico- miasto ma 24 miliony ludzi i mam sobie szukać,,,,taksiarz był bardziej rozgarnięty i po kilu romowach z przechodniami udało nam się tam dotrzeć ( było już 3 godziny przed ślubem)....w biurze okazało się,że nie mamy żadnych biletów na powrót a mój wydruk ( z numerem rezerwacji, PIN-em itp) jest nadal tylko rezerwacją więc trzeba te bilety po prostu kupić ale,,,nie mogę ich kupić bo nie mam wszystkich paszportów.....więc ...pojechaliśmy do hotelu bo czas było się kąpać i zakładać kieckę no i ubierać pana młodego- lekko przechodzonego ....który z tego wszystkiego zapomniał kupić kwiatów dla pani młodej ...ale mu wybaczono... <roll>
- z hotelu wyszliśmy godzinę przed terminem bo wszyscy nam mówili, że do ambasady w dzielnicy Koyoacan ( ale potem się okazało, że ambasada jest w dzielnicy San Angel) mamy zaledwie 20 minut....
- łapię taksówkę, bo hotel zapomniał zamówić "un blanco grande coche''....i się zaczyna horror <shock> ....taksiarz po wysłychaniu , ze ma jechać do dzielnicy San Angel przy Koyoacan na ulicę Crakovia do Ambasady Polskiej popatrzył na mnie jak na wariatkę i powiedział, że tam nie pojedzie....łapię więc drugą taxi,,,ten to samo,,,nie jadę,,,,więc w desperacji, bo czas ucieka, zatrzymuję radiowóz policyjny i upycham tam parę młodą, świadka i siebie i mówię; przyjacielu pomóż nam jedż, tam i tam bo my musimy na ślub......gliniarz popatrzył , złożył młodym zyczenia i ruszył ostro...ale zawiozł nas na ....postój taksówek....ja mówię, że nie wysiądę, że ma jechać dalej a on, że nie moze bo nie wie gdzie to jest

! <strach>
- wysiadamy no i zaczyna się piękna meksykańska dyskusja, wszyscy taksiarze w kółeczku gadają i gestykulują, Panna Młoda bliska płaczu, Pan Młody mówi, że tyle lat żyli na kocią łapę to mu ten ślub dynda,,,,no ale jeszcze nikt nie wziął pod uwagę mojego wrednego charakteru...
- weszłam w środek taksiarzy i pytam o co tutaj chodzi, czy naprawdę nie ma tutaj prawdziwych mężczyzn,,,,czy naprawdę wszyscy się boją tam jechać ,,,,no i DLACZEGO

? <shock>
- po dłuższej dyskusji grupa wybrała młodego kierowcę i on dumnie ogłosił, że nas tam dowiezie.....no to upchnęłam wszystkich do środka i jedziemy.... :-)
- po trzecim zapytaniu kierowcy gdzie jest dzielnica San Angel już wiedziałam, że naprawdę jestem w Meksyku....nikt tam nie ma GPS-a a kierowcy taksówek nie wyjeżdżają poza swoją dzielnicę,,,,dłuższe trasy pokonuje się metrem i dopiero w odpowiedniej dzielnicy łapie taksówkę....
- a ja wyjęłam mapę i zaczęłam go pilotować...facet był szczęśliwy i dumny bo przecież będzie bohaterem jak nas tam dowiezie....dojechaliśmy do dzielnicy , potem w okropnych korkach szukaliśmy tej maleńkiej, kilkuset metrowej uliczki, dumnie nazwanej - Krakowską, żeby w końcu z 40 minutowym opóżnieniem stanąć przed skromną willą otoczoną wielkim murem, która okazała się być tym zaczarowanym miejscem....
- naprzeciwko był rynek z kwiatami więc poleciałam zdesperowana i kupiłam Pannie Młodej piękną czerwoną różę ...i dzwonimy do bramy....portier o dziwo czekał na nas...wpadamy do środka ( Pan Młody oczywiście jeczał całą drogę, że po kiego tam jedziemy, przecież on nawet 5 minut by nie czekał gdyby był ambasadorem itp), wpadamy do środka a tam w gabinecie ambasadora na stoliku szampan, cztery kieliszki i...kosz przepięknych kwiatów z identycznymi czerwonymi różami jaką właśnie kupiłam Pannie Młodej......i już mi się serce ucieszyło... :-)
- za parę sekund wchodzi olbrzymi, prawie dwumetroy Pan Konsul Krzysio i....rzucam mu się na szyję z okrzykiem; musze Pana ucałować z radości, że udało nam się tu trafić....lody natychmiast pękły i zaczęliśmy się śmiać, atmosfera zrobiła się naprawdę piękna....
- ślub przebiegł w atmosferze wielce podniosłej no a potem okazało się, że; konsul czekał bo był pewien, że dojedziemy no bo te kwiaty dostarczono też spóżnione 10 minut...pytam ; a to nie są kwiaty od ambasady???
- pan Krzysio patrzy wielkimi oczami i mówi, że kwiaty przyniósł jakiś posłaniec właśnie dla nas, na ten ślub...no to zaczęłiśmy szukać w tych kwiatach i znależliśmy bilecik z Życzeniami dla Młodej Pary od......Dyrektora Szpitala, z Polski, tam gdzie pracuje Pan Młody....wszystkim "japa"opadła, panu Krzysiowi (konsulowi ) także......
- wypiliśmy mu tego szampana do dna, bo pić nam się chciało po tak dramatycznej podróży i zrobiliśmy piękną sesję zdjęciową w ogrodach konsulatu...( niestety, nie wypada mi pokazywać ślubnych fotek, bo to nie mój ślub, ale jutro pokażę trochę inne, bardziej dżunglowe fotki )
- a potem wzięliśmy taksówkę z korporacji ( panicznie drogą, ale "pan" wiedział gdzie jechać) i pojechaliśmy do Bazyliki Matki Boskiej z Guadelupy żeby ofiarować jej te piękne kwiaty, czym wzbudziliśmy wielki "szacun" u Meksykanów........
- a potem bawiliśmy się do rana na Placu Garibaldiego przy muzyce najlepszych zespołów mariachi , bo akurat odbywał się na Plaza festiwal tradycyjnych zespołów muzycznych i kilka tysiecy ludzi tańczyło i śpiewało....zresztą nie mieliśmy wyjścia, bo wynajęłam hotel właśnie przy tym placu i muzyka nie dawała nam spać....i tak bawiliśmy się przez kolejne trzy noce :-)
- ślub u indian też się odbył i był naprawdę cudny, taki prawdziwie "mayański" ...ale to w następnym odcinku....
- a i u indian też spaliśmy ale w chatkach nie w hamakach, bo moi jakoś panicznie bali się hamaków..... <strach>
- macie wszyscy pozdrowienia od Sapcia , który dostal piękną narzutę( na swoją kanapę )z kalendarzem mayańskim i super ośmiornicę do zabawy...
- kociarnia też WAS pozdrawia i macha łapkami....przywiozłam im pięknego serpentyn'a - węża del mexico, którego natychmiast próbował przejąć Sapcio, ale uratowałam gada z jego zębisk i leży teraz pozbawiony jednego oczka ale za to cały.....
- jeżeli Was nie zanudzam to będą następne odcinki, już ze zdjęciami.....
- i jeszcze jedna wiadomość; moim znajomym udało się wyciągnąć z tarapatów fajnego psa, przez jakiś czas będzie na socjalizacji i obserwacji u świetnej trenerki psów, jeżeli okaże się TYM psem, to Sapcio nareszcie będzie miał braciszka, a ja zacznę kopać fundamenty,,,,i grodzić teren.... :-)