- no raczej dzieciaków to z tego ślubu nie będzie, bo to młodzi drugiej świeżości, lekko przechodzeni- dla obu to drugi ślub był.... <hm>
-nie wiem czy Wam już mówiłam, ale Sapcio dostał w prezencie narzutę na swoją kanapę z kalendarzem Majów, który to kalendarz pokazuje podobno datę końca świata - 21 - 12 - 2012 - bardzo się ucieszył no i do pyska mu w tych pieknych kolorach..... :-)
- fakt, koniec swiata bliski, bo sama doswiadczyłam szczególnych tego znaków ....
- znak pierwszy;
- wracając z Bazyliki pobłogosławieni przez jakiegoś mnicha o cudnych żywotnych oczach postanowiłam kupić bilety na autobus do Palenque ( tam, czyli w Mexico city, są cztery dworce autobusowe, północny, południowy, wschodni i zachodzi - autobusy, żeby się nie przedzierać przez ten wielki miastowy moloch wyjezdzaja z poszczególnych dworców) - my jechaliśmy na południe więc autobus odjeżdżał z Dworca Oriente (południowego) ale i tak wszyscy mówią na ten dworzec TAPO...no więc pojechałam tam ze wszystkimi (bo było po drodze) i poszłam do najlepszej firmy przewozowej- ADO- na tej trasie....podałam babce datę naszej podróży, wybrałam godzinę odjazdu, na wszelki wypadek napisałam to wszystko na karteczce...i w tym momencie podszedł do nas Pan Młody, który za wszelką cenę chciał się dopytać ....a dlaczego jedziemy TYM autobusem a nie innym, a bo on widział takie inne niebieskie gdzie były dwie toalety a nie jedna,,,a może pojedziemy póżniej??? a czy nasze miejsca są za kierowcą czy po przeciwnej stronie,,,i zaczął się popisywać swoim nienagannym angielskim.... <hm>
- piękna Seniorita wysłuchała go w spokoju z uśmiechem Mony Lisy, spojrzała na mnie i powiedziała; nie rozumiem, nie mówię po angielsku, czego chce ten pan???
- ja w międzyczasie wytłumaczyłam gringo, że ta reklama pięknych niebieskich - tyczy całkowicie innych kierunków, jedziemy na noc bo mamy do pokonania 1040 kilometrów i w nocy jest szybka jazda - tylko 13 godzin...i generalnie, żeby ukrócił swoje lingwistyczne popisy bo nikt go tu nie rozumie....
- w efekcie Seniorita była tak zakręcona, że sprzedała nam bilety na autobus odchodzący za godzinę ( my chcieliśmy jechać za dwa dni), a ja byłam już tak zagadana przez Młodego, że nie spojrzałam na datę....
- za dwa dni rano jedziemy zwiedzać Teotihuacan- autobusem liniowym, bo kosztuje grosze a wycieczka z biura kilkadziesiąt dolarów....a więc jedziemy, mam chwilę refleksji więc układam sobie dzień; o 15.00 wracamy z Teo, o 17.00 wyjeżdżamy z bagażami na TAPO - e...sprawdzę z której bramki odjeżdżają autobusy ADO- wyciągam bilety i widzę piękną datę- 21 listopada...a był własnie 23 listopada....zrobiło mi się gorąco...przeanalizowałam całą sytuację i mówię; mamy bilety autobusowe do Palenque na wczoraj...zrobiło się złowroga CISZA.... <shock>
- przedstawiłam dwie wiążące propozycje; po pierwsze- kiedy ja będę, w przyszłości, COKOLWIEK załatwiać, kupować, z kimkolwiek romawiać a ktoś mi przerwie, wtrąci się, zacznie przeszkadzać werbalnie - to GO ZABIJĘ...
- wszyscy przyjęli ten postulat jednogłośnie i bez dyskusji przy czym Pan Młody miał dziwny wyraz twarzy ( swoją drogą taki bilet kosztuje 75 $ i tracimy sporo kasy na samym początku naszej wyprawy) <wsciekly>
- po drugie; wracając z Teo podwożę ich metrem na naszę stację, oni sami wracają do hotelu, pakują, biorą prysznic itp rzeczy - ja jadę dalej na TAPO i próbuję załatwić bilety koniecznie na wieczorny autobus ( miałam już porezerwowane wszystkie hotele na całą trasę i każda obsuwa wali mnie w kieszeń, więc jechać musimy,)i oświadczyłam, że nie wiem o której wrócę, ale łazienka w moim pokoju ma być pusta, żebym zdążyła wziąć prysznic, bo też kogoś tu zabiję......postulat przyjęto jednogłośnie...
- na szczęście cały dzień w Teatihuacan przebiegł planowo, przy czym możecie się śmiać albo nie, ale kiedy oni włazili na piramidę słońca i księżyca ( byłam tam już naście razy) ja poczłapałam do bruja ( czarownika) i poprosiłam o zdjęcie ze mnie pecha....facet wymruczła co tam miał do wymruczenia, okadził mnie jakimś aromatycznym dymem, zatańczył kilka kółek wokół mnie a ja skupiona z zamkniętymi oczami stałam na klepisku i w myślach powtarzałam- musi się udać. wszystko musi się udać tak jak to ułożyłam, musi się udać i koniec....otworzyłam oczy, z prawdziwą złością podeptałam wiązkę ziół symbolizujących kłopoty i wrzuciłam do ogniska, wypiłam kieliszek obrzydliwej tekili na przypieczętowanie całości...po czym poczłapałam do kafejki napić się przepysznej kawy...... :-)
- około 15.00 moja grupka grzecznie wysiadła z metra i potuptała do hotelu a ja pojechałam na TAPO....wysiliłam wszystkie swoje zdolności lingwistyczne, żeby wytłumaczyć Senioricie dlaczego musi mi pomóc...dlaczego nasza sprawa jest wyjątkowa i dlaczego nie mogę zapłacić za nowe bilety całej kasy...( na szczęście miejsca jeszcze były)
- Seniorita wysłychała, zrozumiała i zaczęły się Czary....zadzwoniła do szefa - on też wysłychał i zrozumiał...potem on zadzwonił do swojego szefa- tamten szef do jeszcze innego szefa - a potem zadzwonił do naszej małej budki na dworcu TAPO sam właściciel korporacji- Seniorita była blada, stała na baczność ale......po długiej dyskusji odłożyła telefon i mówi;
- dostaniecie nadzwyczajne bilety ekonomiczne ale coś tam będziecie musieli zapłacić, nie wiem ile bo teraz ta decyzja musi jeszcze zostać zaakceptowana (przez jakąś tam komisję) i dotrzeć do jej bezpośredniego przełożonego i wtedy on zadzwoni i wtedy on poda jej za ile ma mi te bilety sprzedać....
- telefon zadzwonił o godzine 16.10 - za bilety zapłaciłam 10% ich wartości, metro pokonało trasę błyskawicznie, w hotelu byłam o 16.45, łazienka była pusta i nie zachlapana, moje ciuchy i wszystko pięknie spakowane a wszyscy grzecznie trwali w oczekiwaniu...jedziemy czy nie jedziemy,,,sypie się nam to domino wyprawowe czy nie sypie......
....i już do końca podróży żaden przemądrzały gringo nie przeszkadzał mi w rozmowach z senioritami, seniorami i seniores,,,a brujo...no ja tam wierzę, zdjął z nas pecha i odtąd wszystko nam się udawało,,nawet to niemożliwe, bo dotarliśmy takze i do Hodurasu, gdzie w dżungli podziwialiśmy piękne ruiny tajemniczego miasta Majów - Copan...
.....ale o tym to już chyba kiedyś tam....
- acha, bym zapomniała...końca świata nie będzie, rozmawiałam z Majami, tymi ostatnimi, którzy jeszcze tam w górach prubują trwać na swoich poletkach prawdy...końca świata nie będzie i w kalendarzu też o tym nie ma,,,,,to tylko koniec złego okresu...szaman wieszczy, ze teraz nastąpi Biały Okres Odrodzenia Pierwotnej Kultury ...i dlatego należy tańczyć i śpiewać.....a 21 12 2012 są urodziny Ziemii.... :-)