A u nas smutki

.Xavierek dostał kataru. Właściwie to już od kilku dni charczało mu trochę w nosku.Ale wczoraj wieczorem (przedwczoraj) zobaczyłam ,że leci mu z noska.Oprócz tego wszystko było ok.Apetyt dobry ,galopady po pokojach :-)
Dzisiaj (wczoraj) wpadałam do domu na chwilę i zaraz mnie nie było,ale widziałam ,że coś jest nie tak.Rano nie przybiegł mnie przywitać ,w dzień też spał i nawet nie otworzył oczu, jak stanęłam koło niego.Ale zrzuciłam to na karb upałów .Pies też leżał jak martwy i nawet nie miał ochoty na wyjście do ogrodu.Wieczorem byłam na 100% przekonana ,że jest chory.Nie reagował nawet na wielką muchę ,która latała mu nad głową.Cały czas leżał w jedny miejscu.Biedactwo moje słodkie.Do godz.19ej miał przyjmować "nasz " wet ,to zapakowałam malucha do transportera i w drogę.Okazało się ,że naszego weta nie ma,zamiana dyżurów,czy coś tam innego nieważne.Zdecydowałam się jednak ,żeby obejrzał Xavierka "ten" lekarz ,bo wiedziałam,że do rana nie ma co czekać.Maluch był bardzo grzeczny , ale to chyba tylko dlatego ,że był słąby.Wet dał mu zastrzyk i przepisał Synuloxon 500mgw tabletkach.Kurcze to antybiotyk <kciukwdół> .Dodatkowo zakropił uszka małemu , bo zwróciłam Jego uwagę na to ,że ma bardzo brudne ,pomimo moich zabiegów.No i tu nie wiem ,czy to świerzbowiec ,czy zwykłe zapalenie ucha.Tak się rozmawiało z tym lekarzem,że...eeech niby miły ,ale mało konkretny.Moje pytania pozostawił bez odpowiedzi.Co za dzień,dobrze ,że się skończył.