Właściwie to wszyscy znamy historię Gabrysia jednak jeśli znajdą się osoby które jeszcze jej nie znają lub chcą sobie przypomnieć to zapraszam do lektury

Poniżej zamieszczam tekst na temat tego jak zaczęła się nasza przygoda z HCMem który powstał na potrzeby
Grupy wsparcia dla właścicieli zwierząt chorych na kardiomiopatię którą założyłam na FB.
O KARDIOMIOPATII U GABRYSIA
Nie jestem lekarzem ani specjalistą tak, więc o kardiomiopatii przerostowej opowiem z punktu widzenia właściciela. Sama do momentu, w którym usłyszałam słowo HCM w gabinecie weterynaryjnym nie zdawałam sobie sprawy z istnienia takiej przypadłości. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko i chaotycznie, patrząc z perspektywy czasu nadal uważam tamten okres za najgorszy, jaki mógł nam się przytrafić.
To było ponad rok temu 30.04.15, popołudniu nasz dobrze rozwijający się, niechorujący kotek nagle zasłabł. Kot zemdlał, był całkiem bezwładny, miauczał przeraźliwie, stracił świadomość, nie mieliśmy pojęcia, co robić. Bo skąd wiedzieć, co dolega małemu i jak mu pomóc, co go boli? Zwierzę nie powie tak jak człowiek, że coś nie gra, niestety. Nastała panika a zarazem szybka akcja, kot, transporter, auto, 100 km/h w mieście, nikt nie patrzy na przepisy, kiedy istota, którą kocha się nad życie, gaśnie nam na rękach, uwierzcie mi.
Pojechaliśmy do naszego weterynarza gdzie Gabryś dostał leki na wzmocnienie serca ( podejrzenie zatoru) następnie zostaliśmy odesłani do klinki posiadającej odpowiedni sprzęt, w której miał on zostać porządnie przebadany. Kot w aucie stopniowo odzyskiwał świadomość jednak dalej to nie był ten kotek, którego znaliśmy. Jechaliśmy do kliniki z podejrzeniem zatoru, po zbadaniu zwierzaka (EKG+USG serca) stwierdzono, że ma on przerośniętą ścianę serduszka i przyśpieszoną akcję serca, jednak nie jest to wada na tyle rozwinięta, aby już podejmować jakiekolwiek działania w związku z leczeniem. Kot został odprawiony do domu, ponieważ stwierdzono, że jego stan jest dobry. Następnego dnia mieliśmy przyjechać na kontrolę, miała być w klinice osoba, która posiada większe doświadczenie w ‘sprawach sercowych’.
Tak, więc pojechaliśmy, zrobiono mu badanie EKG, kolejny raz powiedziano, że wada nie jest na tyle rozwinięta, aby ją już leczyć i powiedziano nam, że mamy kota po prostu obserwować, pobrano mu krew a z badań wynikło, że kotek jest zatruty dostał odpowiednie leki, byliśmy przekonani, więc że atak jest skutkiem zatrucia.
Dziesięć dni później kot dostał kolejnego ataku, był wieczór około 22-23. Sama sytuacja była dość nietypowa, kotek spał spokojnie na leżysku i nagle dostał ataku, wyglądało to jak poprzednio, zupełny brak świadomości, przelewanie się przez ręce… Pognaliśmy do kliniki i niestety byliśmy zmuszeni zostawić kota na obserwacji, powiedziano nam, że mamy przyjechać dnia następnego o 17:00 (do końca nie byłam pewna czy pisać, dlaczego ‘niestety’, stało się tak, że nie jesteśmy zadowoleni z usług owej klinki nie chcę nikogo oceniać, dlatego też nie podaję nazwisk ani nazw, zapewne wielu zwierzętom pomogli w tej klinice (znam nawet jeden przypadek, drugim może być Gabryś, bo pomimo tego jak zostaliśmy potraktowani, kot wyszedł z konsultacji o których piszę później, z bijącym sercem - został uratowany), więc ludzie mogą mieć o nich dobre zdanie, jednak my po tym jak zostaliśmy potraktowani a właściwie nie my tylko Gabryś, nie potrafimy powiedzieć nic oprócz tego, że żałujemy, że trafiliśmy tam a nie do innej przychodni). Byliśmy po kota punktualnie, został on oddany nie wiedzieć, czemu z opóźnieniem, dodatkowo nie pozwolono nam wejść do pomieszczenia, w którym on przebywał, jego rzeczy były zasikane, kot pachniał kałem, mimo że oddaliśmy go z kompletem 2 kocyków, z zastanej sytuacji wynikało, że kot przebywał cały ten czas w swoich odchodach, że nie został mu zmieniony podkład, no trudno… kot po powrocie do domu wcale się nie cieszył, był taki zmarnowany i smutny, że serce się ściskało, tragedia… pomyślałam wtedy, że nigdy przenigdy nie zostawię go już samego). Po odebraniu kota dowiedzieliśmy się, że jego stan ustabilizował się około 1 w nocy ( podano leki, trzymano pod tlenem) i zaproponowano nam kolejne konsultacje, ponieważ do kliniki miała przyjechać dr X specjalizująca się w kardiologii.
Sześć dni później zawitaliśmy do kliniki na kontrolę byliśmy umówienie na 12:00, zostaliśmy przyjęci po godzinie i NAJGORSZE, co mogłam zrobić – oddałam kota na badanie SAMEGO, chociaż przyrzekałam, że nigdy go już nie zostawię. Dlaczego tak zrobiłam? Poniekąd pewnie, dlatego że nie spodziewałam się takiego zakończenia tego dnia, druga sprawa to zaufanie do osób z wykształceniem, podany przez osobę wpuszczającą powód ‘ panie dr prowadzą prywatne rozmowy podczas badań ‘ niezbyt mnie przekonywał, ale cóż wygrało zaufanie. Kot został oddany na badanie w trakcie, którego dostał ataku (właściwie to nie wiadomo jak to wszystko wyglądało i kto zawinił, bo nas przy tym nie było, tak, więc moja rada - nigdy, przenigdy nie zostawiać kota samego na badaniach, lepiej być, wiedzieć, co się dzieje, kot jest spokojniejszy, a my także, bo wiemy, co i jak a w razie, gdy coś się przytrafi nie trzeba snuć domysłów i oskarżać kogokolwiek bezpodstawnie), okazało się, że jest to częstoskurcz, kot został włożony pod tlen, jego stan wciąż się nie poprawiał, więc zostaliśmy wezwani i poinformowani o całej zaistniałej sytuacji.
Mieliśmy zostać z kotem i próbować go uspokoić, przywrócić mu świadomość mówiąc do niego i głaskając. Zostaliśmy z kotem sami, miał on błędny wzrok, odzyskiwał świadomość by za chwilę ją stracić, widać było, że cierpi, nie wie, co się z nim dzieje, gdzie jest, dyszał, próbował wstawać, lecz nie potrafił, przewracał się, stracił panowanie nad swoim ciałem. Staliśmy mówiąc do kota i próbując mu w jakiś sposób pomóc jednak nic się nie działo, kot umierał. Wokół chodzili lekarze, nikt nie zwracał na nas uwagi, konsultacje trwały dalej, mimo że w pomieszczeniu, co chwilę pojawiała się jakaś osoba, nikt nas nie zauważał nikt nie podszedł sprawdzić stanu kota, nikt nie podał leków, nie włożył z powrotem pod tlen. Śmieszna sytuacja, zważywszy na to, że wszyscy ci lekarze interesowali się Gabrysiem, gdy był on zupełnie zdrowy, chcieli go dotykać głaskać, brać na ręce, a - gdy potrzebował pomocy nikt zupełnie NIKT się nie zainteresował. Po około godzinie zaniepokojona brakiem poprawy i reakcji osób z kliniki, zapytałam, na co właściwie czekamy, czy mamy sobie po prostu jechać do domu, bo kotu wcale się nie polepsza, wręcz przeciwnie jest coraz gorzej. Wtedy powiedziano nam, że musimy czekać aż atak kotu przejdzie, ze jest to bezpośrednie zagrożenie życia kota a z racji tego nie, że nie godzimy się na zostanie kota w szpitalu musimy z nim zostać. Zostaliśmy i czekaliśmy. Minęła kolejna godzina i wtedy dopiero zajęto się kotem – kolejny raz zrobiono mu EKG, było widać, że serce kota nie pracuje prawidłowo, kot wciąż miał częstoskurcz, dopiero wtedy podano leki, po 30 min wykonano kolejne EKG, na którym widoczna była poprawa. Kot pomału odzyskał świadomość. W trakcie tej wizyty powiedziano nam, że kot jest chory na kardiopatię przerostową, że choroba jest w stadium zaawansowanym, chociaż tydzień wcześniej mówiono coś innego, nie dawano mu także szans na przeżycie miesiąca. Wróciliśmy do domu z receptą na Atenonol, kotem i HCMem.
Tak właśnie wyglądał początek naszej przygody z HCMem. Nie poddawaliśmy się jednak, spędziłam przed komputerem naprawdę dużo godzin starając się poznać mechanizm tej choroby, szukając innego wyjaśnienia na stan Gabrysia, czytając na temat tego, co będzie dalej, czego się spodziewać, jak rozwinie się ta choroba, trafiłam na artykuły bardzo dobrych lekarzy, z którymi kontaktowałam się później mailowo w sprawie Gabrysia, między innymi dzięki dr Niziołkowi Gabryś trafił pod opiekę bardzo dobrego lekarza, który prowadzi go do teraz. Pierwszy raz Gabryś zawitał u swojego lekarza na początku czerwca 2015 potwierdzono, że jest on chory na kardiomiopatie przerostową, dostosowano odpowiednią do stanu kota dawkę ( przez cały czas kot zażywał atenonol przepisany w klinice, dzięki któremu nie mieliśmy już do czynienia z atakami) atenonolu i powiedziano nam, na co powinniśmy zwracać uwagę (mierzenie tempa pracy serca na zasadzie wolno/szybko, mierzenie ilości oddechów na minutę). Od tamtego czasu Gabryś był na 5 wizytach kontrolnych u swojego lekarza, raz bywało lepiej raz gorzej, Gabrysiowi dokładano kolejne leki na obniżenie ciśnienia, spowolnienie przepływu krwi, przeciwko obrzękowi płuc, przeciwko zakrzepom, aktualnie posiadamy pokaźny arsenał leków, po ostatniej wizycie okazało się, że jest troszkę lepiej, stwierdzono też, że Gabryś choruje na kardiomiopatię restrykcyjną spowodowaną, prawdopodobnie zapaleniem mięśnia sercowego (powodem może być zatrucie, które wykryto wcześniej?), dostosowano odpowiednie dla przypadku leki i od zeszłego czwartku Gabryś jest na ‘nowym’ (bo cześć leków jest ta sama, cześć została zastąpiona innymi, jeden został dołożony) leczeniu, czekamy na efekty i za dwa tygodnie jedziemy na kontrolę. To tyle naszej historii, jeśli chodzi o samo rozpoznanie choroby.
Chciałabym jeszcze napisać o tym jak wygląda samo życie z kotem chorującym na HCM.
Zacznę od początku, czyli przeniosę się do czasu przed pierwszym atakiem Gabrysia. Z początku nie zwróciliśmy na jego zachowanie uwagi, myśleliśmy, że to, że częściej śpi, leży w spokojnych miejscach i mniej się bawi jest spowodowane tym, że dorósł ( miał wtedy 2 lata), nic bardziej mylnego, są to pierwsze objawy choroby, jeśli kto nagle z szalonego uwielbiającego zabawę zwierzaka zamienia się w leniuszka, szukającego spokojnego miejsca na przekimanie swojego bólu nie lekceważ tego, lepiej dmuchać na zimne.
Kolejna sprawa zatrucie, które spowodowane było zapewne rośliną Fikus Baobab, jak się później okazało trującą dla zwierząt lub płatkami róż (w pokoju na komodzie stał piękny bukiet róż, w wazonie, a w wazonie woda, a w wodzie odżywka na przedłużenie trwałości róż), które kotek lubił sobie podgryzać, gdy nikt nie patrzył. Tak, więc kolejna sprawa, sprawdzamy czy w domu w zasięgu kota (czyli wszędzie, bo kot to cwaniak i potrafi wszędzie wejść) nie ma roślin, które mu zaszkodzą, upewniamy się że kocia trawka jest faktycznie kocią trawką a nie podobnie wyglądającą rośliną, bo i o takich przypadkach zatrucia słyszałam, jeśli trzymamy bukiet w pokoju a koty lubią go obgryzać, wynośmy go na noc do pomieszczenia które zamykamy aby nie ryzykować.
Należy być świadomym tego, które rasy są narażone w szczególności na HCM. Przytoczę tutaj tekst ze strony
http://www.niziolek.com.pl/HCM.html : „Przede wszystkim najczęściej choroba ta występuje u kotów następujących ras – Maine Coon, Ragdoll, Norweski Leśny, Syberyjski, Brytyjski Krótkowłosy i Długowłosy, Sfinks, Devon Rex i German Rex. Zwiększa się również skłonność do HCM u innych ras kotów – Syjamski, Birmański, Burmański, Bengalski i Perski. Oczywiście spotyka się również koty europejskie („dachowce”), które mogą chorować na kardiomiopatię przerostową.”
Dalej, jeśli u Twojego zwierzaka rozpoznana zostanie choroba, dostajesz odpowiednie leki - przestrzegaj zasad ich podawania. U nas sytuacja jest dość wymagająca. Gabryś zażywa 6 leków, dwa z nich są podawane, co 3 dni, ale nie w ten sam dzień. Nie ma żadnej zasady, bo wszystko przesuwa się w czasie, skomplikowane i łatwo się pogubić, niektóre leki podaje się rano inne wieczorem, jeden z jedzeniem, inny godzinę przed jedzeniem. Gabryś dostaje leki o 6 rano i o 18, tak, więc cały czas trzeba być pod budzikiem. Zdążało mi się spóźnić z podaniem leku, bo np. nie usłyszałam budzika o 6 rano, lub nie zdążyłam na czas do domu, wiadomo nic się nie stanie, jeśli od czasu do czasu podamy lek godzinę później, ale warto tego pilnować. To o ułatwia sprawę to nastawianie alarmu w telefonie, warto rozpisać sobie także ‘harmonogram podawania leków’ ja robię to w formie miesięcznej w excelu a następnie drukuje i przywieszam na tablicy, obok której stoi koszyczek z lekami malucha. Mam na harmonogramie kolumnę na dzień miesiąca, kolumny na nazwy leków + zapisaną dawkę i kiedy dany lek należy podać, dodatkowo mam kolumnę na monitorowanie tempa bicia serca (wolno/szybko), kolumnę na ilość oddechów, na wagę kota, na jego samopoczucie i inne informacje np. wizyty konsultacji. Taka rozpiska ułatwia sprawę, jeśli np. ktoś inny musi wyjątkowo podać lek - bo najlepiej żeby robiła to zawsze ta sama osoba ( unikniesz sytuacji podania podwójnej dawki), dodatkowo na harmonogramie możesz zapisać sobie, że podałeś dany lek, bo czasami człowiek jest na tyle zaspany, że sam nie wie czy podał leki czy nie – mi się zdarzyło, gdy byłam przeziębiona wstać o 6 podać leki połozy się spać i potem nie pamiętać czy wstałam rano czy nie, ale na harmonogramie było zapisane, że tak, więc nie musiałam się martwić.
Na temat monitorowania tempa bicia serca, gdy zauważasz, że nagle serduszko zwierzaka bije szybciej niż zwykle jest to Twój alarm i powinieneś udać się na kontrole ze zwierzakiem ( nie chodzi mi o jednorazowe sytuacje np. zwierzak się czymś zestresował i trzeba zaraz z nim biec do lekarza, ale trzeba być czujnym).
Liczenie oddechów. Zdrowy kot ma około 20/30 oddechów na minutę. Ja liczę oddechy kładąc rękę na plecki kota lub patrząc na ruch klatki piersiowej ze stoperem w ręce. Kiedy widzę, że kot ma 50/60 oddechów, konsultuję się z jego lekarzem telefonicznie, z zapytaniem, co mam robić, wtedy albo podaję mu większą dawkę odpowiedniego leku – na polecenie lekarza! lub udaje się z nim na kontrolę- tego samego dnia, w chwili po decyzji o wymaganej kontroli! Nie można lekceważyć podwyższonej częstotliwości oddechów, bo jest to sygnał, że kot ma problemy z oddychaniem i może zacząć się nam w każdej chwili dusić.
Waga – monitorujemy dla pewności. U nas jest to wymagane, bo ostatnio Gabryś czuł się gorzej i zaczął strasznie chudnąć, teraz jest lepiej dzięki temu, że podajemy mu ‘dodatkowe jedzenie’ co 2 godziny przez cały dzień od 6 rano (mieszamy mokre z karmą dla kociąt, bardziej kaloryczną niż zwykła którą jadł), oczywiści cały czas kot ma dostęp do zwykłej suchej karmy, którą może przegryzać pomiędzy kolejnymi porcjami ‘dodatkowego jedzenia’. Dodatkowo staram się, jeśli tylko mogę podawać kotu leki a następnie dawać jedzenie żeby mieć pewność, że wszystko trafi tam gdzie powinno.
Samopoczucie sprawdzamy by wiedzieć na przestrzeni czasu jak czuje się kot, zależy to od pogody, od tego, co aktualnie dzieje się w miejscu, w którym on przebywa – remont, urodziny, niespodziewana wizyta dzieci, nowe zwierzę. Warto zapisywać, kiedy kot się czuje lepiej a kiedy gorzej, bo to analizując z pozostałymi czynnikami możemy stwierdzić czy kot czuje się ok czy należy udać się do kontroli.
To by było na tyle. Dziękuję za dotrwanie do końca tekstu
Ewelina