Bawiłam się z Kocinką laserowym wskaźnikiem punktowym (żeby ją wyciągnąc z zimowej depresji spodowdowanej utratą Pana Bojownika) i takiego szleństwa jeszcze w życiu nie widziałam! W Kocinkę wstąpiły jakieś nieziemskie siły, dostała amoku polując na czerwony punkt na ścianie. Zabawa już dawno się skończyła, a Meg dalej chodzi po mieszkaniu i szuka czerwonej kropki: czai sie, skrada, zagląda we wszystkie możliwe dziury, wygrania łapką kurze spod łóżka. (A nóż widelec tam się schowała kropka). Coś niesamowitego. Genialna zabawka i rozrywka dla kota, a dopiero teraz ją odkryłyśmy!
Odwiedziłam także moich rodziców i wchodząc na ich osiedle usłyszałam takie przeraźliwe miauuuuuuu. Moje uszy dobrze znają ten "tembr" kociego miauczenia, ktory oznacza mniej więcej: POMOCY! RATUNKU! Zaniepokojona udałam się w stronę skąd dolatywało to miauczenie i ujrzałam małego kotka na drewnianej pagoli oplecionej dzikim winem. Krzyczał strasznie. Już zaczęłam się wspinać, żeby go stamtąd wyciągnąc, a słyszę głos: Nie ściągnie go pani, już drugi dzień na niego polujemy.
Co się okazało. Na tym osiedlu mieszka sympatyczna pani Magda, która nie tylko dokarmia, ale także sterylizuje wszystkie dziko mieszkające podworkowe koty. Nie udało jej się wysterylizować tylko jednej kotki, która okociła się w miocie jesiennym. Niestety jeden z tych małych kociaków miał oko w strasznym stanie.
Na moich oczach dwa z nich złapały się do takiej klatki-pułapki dla kotów i przez drugą panią ze schroniska miały zostać przewiezione na miejsce w celu sterylizacji, odrobaczenia i niesety temu jednemu trzeba będzie amputować oko.
Bardzo mi się podobał jeden z nich taki, mały rudy o spojrzeniu jak żyleta (w porownaniu do mojej Meg, która ma problemy z oczami). Nie spuszczał ze mnie wzroku i podszedł do klatki, chociaż podobno dzikie koty tego nie robią. Pani Magda powiedziała, że jak chcę to oswoi go dla mnie, bo on jako jedyny gdy go karmi daje się pogłaskać, więc rokuje. Odmówilam niestety. Nasłuchałam się swojego czasu opowieści, że dzikie kotki mogą zdominować spolegliwego i łagodnego brytka, że trzeba dokacać łagodnymi rasami. Nie chce mi się w to do końca wierzyć, w tym sensie, że nie wydaje mi się, aby miało to być reguła. W każdym razie jest coś takiego, że jak się czegoś bardzo chce i myśli się o "dokoceniu" jak ja nieustannie myślę to tego typu sytuacje zdarzają się non stop i na każdym kroku. Jakby każdy kot wołał: to ja, to ja! Mnie zabierz do domu.
Tak mnie prześwidrował na wylot tymi swoimi dzikimi oczętami, że coś niesamowitego! Muszę zadzwonić do tej pani i dowiedzieć się, co się stało z tym drugim. Czy faktycznie usuneli mu oko. Szkoda biednego kociaka.