Tak się ostatnio złapałam na tym, że nigdy Wam nie pokazałam mojego 3go najwierniejszego szczęścia, które jest ze mną ponad połowę mojego życia, czyli już ponad 17 lat. To mój pierwszy kot, tym bardziej szczególny, że pojawił się w moim życiu w bardzo trudnym momencie, kiedy w rodzinie nagle zabrakło kogoś bardzo bliskiego.
Oto Brysia <zakochana> <zakochana> <zakochana> (zdjęcia z początku roku, kiedy jeszcze byliśmy w dobrej formie)
Brysia przy mojej wyprowadzce została z rodzicami, nie chcieliśmy przesadzać starych drzew. W ostatnich miesiącach jest ciężko, niby człowiek wie, że zwierzę nie będzie zdrowe jak koń do końca życia, ale jak się zaczyna coś dziać to jakoś trudno sobie z tym poradzić. Zaczęło się od niejedzenia, ale ponieważ schudnięcie rozłożyło się w czasie a krew była dobra to uśpiło to naszą czujność. Jak w pewnym momencie przestała jeść w ogóle, zrobiliśmy USG i w jelitach wyszedł nieswoisty cień. W zasadzie nasz były wet dał do zrozumienia że to pewnie nowotwór no i że należałoby się przygotować na......
Po zmianie lekarza okazało się, że jelita to nie jest nasz największy problem. Po zrobieniu hormonów i USG u lepszego diagnosty i z niebo lepszym sprzętem wyszło, że mamy nowotwór tarczycy. Jakieś 2 miesiące temu mieliśmy operację, guz usunięto, hormony wróciły do normy (u kotów, odwrotnie niż u ludzi, po usunięciu płata/płatów nie trzeba podawać hormonów bo kora nadnerczy przejmuje funkcję, jeśli dobrze zapamiętałam). Po zabiegu i kontrolnej krwi wyszło że mamy początki choroby nerek (hormony tarczycy "przykrywały" problem), i że z tego powodu trzeba zrobić zęby i kamień bo sytuacja w jamie ustnej niestety nie pomaga stanowi nerek. W zeszłym tygodniu znowu mieliśmy zabieg, znowu nasza wetka (i kicia też) dały radę. A w międzyczasie trafił nam się -prawdopodobnie- mikro wylew- i tylne łapy mamy trochę niezborne. Dostajemy leki, wetka mówi że jest szansa że przy mikrowylewach po 4-6 tygodniach powinno się cofnąć. Może nie do 0, ale do znaczącej poprawy.
Więc póki co kochamy jak możemy, tuczymy jak możemy i cieszymy się tym co jest. Z jazd do weta chyba bym sobie już mogła wyrobić VIP kartę....
A ja dziękuję. że istnieje Canfelis i mądrość dr Dominiki, bo gdyby nie ona to już kilka miesięcy temu by Brysi nie było.