Taką mam nadzieję, że gdzieś tam zapisane jest nam jeszcze dużo czasu.
Jak dostałam zielone światło na kota to jakoś zawsze marzyłam o rudym. W miocie były 4 kociaki: rudy kocurek, 2 czarne z białymi skarpetkami + krawatem, no i Brysia. Jak pojechałam obejrzeć kociaki do Ostrowii Mazowieckiej, to się okazało że rudy jest już zajęty, a dodatkowo to kocur, a ja przecież chciałam kotkę. Co prawda moja znajoma powiedziała, że może spróbować przekonać przyszłych właścicieli rudego żeby odstąpili. Wiecie jak to jest w takich małych miastach, gdzie ludzie mają domy i koty wychodzące. Jednego dnia kot jest, potem jest wypadek z samochodem, jest następny kot. Nie mówię, że zawsze i wszędzie ale niestety często.
I jak tak siedzieliśmy w kuchni to nagle zaczęło do nas iść to czwarte kocię (wtedy nie wiedziałam że fachowo się mówi szylkret <oops> ) i jak zobaczyłam tą jej mordkę przepołowioną to wiedziałam że ta i żadna inna. Jak to mówią serce wybrało samo, rude poszło w niepamięć. Mój tata kiedyś się śmiał, że jak była mała to musiał chodzić po świeżo malowanych pasach
Za moch czasów szkolnych to Bryśka była dokładnym przykładem 6go zmysłu. Jak wracałam ze szkoły czy studiów, to zawsze czekała pod drzwiami, i to na trochę przed zanim zadzwonił domofon w bramie na podwórko czy na klatkę, nawet jeśli to nie były stałe godziny. Jakoś zawsze się sprawdzało że jak kot szedł pod drzwi to po chwili ja wracałam do domu :-)
Bryśka nigdy nie była nakolankowcem (przychodzi czasami raz na "ruski rok" na własnych warunkach), ale tak poza tym to mnie pozwalała na wszystko, mogłam ja nosić na rękach, położyć sobie wokół szyi, posadzić na kolanach z łapami do góry jak małe dziecko
Jak była młoda, to wskakiwała wszędzie. Potrafiła - do dzisiaj nie wiem jak - z wc wskoczyć na górną krawędź otwartych drzwi do łazienki (wc stało tuz przy ścianie wejściowej) i się przechadzać <shock>
szkoda, że to nie były czasy dostępnych aparatów czy komórek z opcją zdjęć
