Jestem.. 2 godziny bieganiny i proszenia się o pomoc.
Najpierw byłam u naszego stałego lekarza. Przecież czynny do 21!. Ale nie! Drzwi zamknięte na cztery spusty. Jadę do lecznicy całodobowej. Zamknięta na cztery spusty!!! Dzwonię na podany nr kontaktowy. Dostaję info, że akurat dziś musieli zamknąć. Ale dostaję nr do lekarza, który może Fartka przyjąć. Dzwonię. Pan informuje mnie, ze musiałby specjalnie jechać około 25 nim do gabinetu. Wracam do mojego weta. Dobijam się dzwonkiem. Dzwonie na alarmowy. NIC. <cenzura> Oddzwaniam więc do Pana z telefonu i umawiamy się na wizytę. Jadę na drugi koniec miasta. Czekam na niego kolejne 25 min
W końcu jest! Przyjął Fartka. Nie mamy historii leczenia, bo oczywiście mój wet prowadzi wszystko u siebie w komputerze. Na szczęście pamiętam nazwy leków. Noga spuchła, robi się kolejny bąbel z ropą. Laboratorium zamknięte do pon. Wet nie mógł czekać, musiał podać antybiotyk, przeciwzapalne i przeciwbólowe, bo kot bardzo cierpiał. Mamy skierowanie na RTG, aby nikt nam już nie odmówił. Zmienił środek do przemywania <shock> i dodał probiotyki. Twierdzi, że poprzedni antybiotyk na pewno działał, bo bok i noga się zaleczyły. Jego przerwanie spowodowało rozprzestrzenienie się problemu w nodze, plus może akurat tam były bakterie bardziej odporne na antybiotyk. Jutro mamy znowu jechać. W pon pobierze próbkę do antybiogramu + będzie już gotowe zdjęcie RTG. Obawiamy się, że noga mogla być pęknięta. Jutro jadę złożyć skargę na weta, który odmówił nam 2 razy zrobienia prześwietlenia.
Dzwoniła Pani Farcika. Leki już działają. Mały zjadł w końcu i wypił. Zaczął się też ruszać, a było z nim źle. Wet nas uspokoił. Musi być dobrze. Ale się najadłam strachu. A moje nerwy są w strzępach przez tych wszystkich weterynarzy