Meldujemy się jak co niedzielę
Fado skończył dziś 6 tygodni. Nie byłby sobą, gdyby nie sprawiał kłopotów, ale z tym w końcu przyszedł na świat

Trochę zatrzymał się z przyrostem, waży dziś 770 gramów, to nie jest źle, ale z jedzeniem mamy duży problem.
Znów bawimy się w gęś. Po dwóch dniach ochoczej konsumpcji wołowinki i zdecydowanej odmowie chrupkom, postanowiłam zdusić ten bunt w zarodku. Wołowinka czeka w zamrażarce na lepsze czasy. Mleka nie ma od wczoraj, tzn. nie ma butelki. Chrupki zalane mlekiem, sposób, który był doskonały w przypadku Diuny i błyskawicznie przestawił ją na suche, tutaj skończył się bardzo starannym odcedzeniem mleczka od reszty. Karmimy więc ręcznie.
Każda granulka podawana jest do pyszczka. Maluch na początku się buntował, potem zgłodniał, potem stwierdził, że to jadalne. Niesamowite jest to, że on ciągle nie odrywa jedzenia od nas. Nie muszę już mu wkładać chrupek ani rozwierać pyszczka. Podtykam pod nos i on sam je zbiera. Ale musi być podane palcami, próbuje ciągle przy okazji te moje palce ssać, że może coś się uda przy okazji wyciągnąć. Przybiera, może nie tak spektakularnie jak na mięsie, ale nie będzie mięsa bez suchego, howgh. Podzieliłam dzienną rację na posiłki i przez cały dzień , już właściwie drugi, bo cała operacja zaczęła się wczoraj rano, idzie nam bardzo dobrze, z karmienia na karmienie lepiej. Już nawet z dłoni próbuje zbierać. Ale najlepiej, jak podaję palcami
Za suchym pojawił się kolejny problem, woda. Wszystko oczywiście cały czas stoi w kojcu, ale nie widziałam, żeby Fado pił. Najpierw więc dałam na palcu do zlizania po kropelce, palec coraz niżej, aż został w mioseczce, i kotek zaczął chłeptać. Co ciekawe, wołowinkę je samodzielnie z talerzyka. Mleko pije samodzielnie, chłepcze jak złoto. Wszystkiego nowego trzeba go nauczyć, i nic nie daje przykład Borgii - ważne jest to, co MY pokażemy. Co znaczy wychowanie na rękach i wykarmienie smoczkiem!
Z włochatą już bawią się coraz ładniej, jej skoki już go tak nie przerażają, i nawet załapał, o co w tym wszystkim chodzi, i próbuje ja gonioć

Obydwoje z Borgią zawojowali mnie już całkowicie.
Powoli głowa zaczyna dorastać do Yodowych uszu, prążków mamy coraz więcej, zobaczymy, czy zostaną, czy choć trochę zanikną. Na to jest jeszcze sporo czasu.
Sierść króciutka, chciałabym więcej podszerstka, ale tutaj nie mam prawa marudzić, bo w domu ciepło, i Borgia też ma marne futro. To, co jest, jest krótkie i sterczące, nie kładzie się. Miękkie (no ale czego się tu spodziewać po moich kotach z lipnymi sierściami!

). Jak przyjdzie wiosna i otworzę okna, zobaczymy, jakie futerko się zrobi.
Oczy wyglądają śmiesznie, trudno jeszcze powiedzieć, jak się wybarwią - tutaj trzeba poczekać.
Poza tymi wszystkimi szczegółami jest prześliczny i przekochany, trudno nam nie doprowadzać do pewnego opóźnienia w jego rozwoju, zamiast pozwolić mu biegać i się wspinać, ciągle go nosimy i miętosimy. Gryzie nas w brodę (o to najfajniejsze!), jest bardzo delikatny, szybko się zorientował, że jak płakaliśmy, to było za mocno.
Taki szkrab kochany.
