Ale się zdenerwowałam...
Byłam na Uczelni, jechała ze mną koleżanka z mojego miasta. Jakiś czas temu mówiłam jej o mojej kici, pokazywałam zdjęcia. Była taka podekscytowana, że taka śliczna kuleczka, zachwycała się niczym ja

pogadałam sobie z nią, wypytała mnie o hodowle, opowiedziałam jej co wiem, o pseudo itp itd.
Na powrocie z zajęć zaczęła mi opowiadać, że ona też zdecydowała się na kotkę. Opowiedziała mi o rasie, wyglądało na to, że jest zdecydowana i świadoma. Po czym usłyszałam to "i wiesz co, najważniejsze że kotka nie będzie wysterylizowana". Zdziwiłam się, pytam czy ma zamiar założyć hodowlę? W końcu ostatnim razem rozmawialiśmy o pseudo, wyraźnie zaznaczyłam jej mój negatywny stosunek do tego rodzaju "hodowli". Ale nie, ona nie ma zamiaru zakładać hodowli, wymyśliła sobie że kupi kota "na kolanka", nie dotrzyma warunków umowy, nie wysterylizuje kotki bo przecież "z jednego takiego można wyciągnąć 1000 zł." No jak się wkurzyłam... zaczęłam swój wywód od nowa... że tak nie można, że to trzeba się znać, jakie koty można parować, że prawo tego zabrania... nic, jak grochem o ścianę, nie przekonałam jej. Jej tłumaczenie jest takie, że to jest wyrzucanie pieniędzy w błoto, skoro można zarobić to dlaczego nie? No dobrze, mówię jej, skoro uważasz że zarobisz na kotce, to dlaczego nie założysz legalnej hodowli? "Bo legalna hodowla kosztuje..."
Straciłam resztki cierpliwości, myślałam że wysadzę ja na obwodnicy i niech sobie wraca do domu z buta... wrrr.....