Po wypadzie nad morze wróciłam chyba bardziej zmęczona niż miałam w planach ;) . Za sprawą oczywiście wiadomo kogo. Michał dał nam popalić i w dzień i w nocy. Na stołówce rzucał ziemniakami

, w nocy łaził po nas po łóżku, przemieszczał się niemiłosiernie, na deptaku uciekał, na plaży na szczęście siedział doopką na piasku, bo bardzo bał się tej ogromnej "wanny". Nie wspomnę już o samochodzie, to był hardkor. Godzina snu, reszta to jęki, kwęki i płacz małego wrzaskuna.
Jak usłyszałam od córki, że w lipcu powtórka, to odpowiedziałam "NI HU HU, za żadne skarby nie wypchniecie mnie już z mojego domu"
Brysie wytrzymały, nawet jak tęskniły, to robiły to po cichutku, natomiast Vincuś bardzo płakal, całymi dniami zakopywał się w sypialni pod kołdrę, albo siadał przed łóżeczkiem Miśka i płakał. Moja bida mała, ale za to ile ocierańców było i przytulańców jak wrócilismy
<zakochana>
Oczywiście fotki są, bez nich by się nie obyło.
Wielka piaskownica i mały człowieczek po środku
co by tu jeszcze zmalować
I co może chcecie mnie w tej dużej wannie wykapać?
Po co maluchy jeżdżą nad morze? ABY ZBIERAĆ SZYSZKI (mam ich milion pięcset sto dziewięćset ;)
a może mnie nie widzą
No i moje drugie grzeczniejsze szczęście (mam nadzieję, ze nie oberwę, jak się dowie, że znalazła się na forum)
i krzykaczka mewa
pozdrawiamy wszystkich cieplutko