Jutro minie tydzień odkąd Gaton dostaje surowe mięso. Na plus jest fakt, że ogromnie mu smakuje. I o dziwo Gato raczej czuje się na tym jedzeniu dobrze, nie kuca, śpi na plecach.
Na minus brak regularnych wypróżnień. Ostatnia kupa, nieduża i raczej gruba ale miękka, czyli robiona bez bólu była w sobotę. Jest wtorek. Gaton nawet nie próbował cokolwiek zrobić. Ja wiem, że na BARF-e koty robią kupę raz na dwa, trzy dni, byłam świadoma że ten eksperyment może skończyć się różnie i może przyjdzie mi czekać, ale cztery dni to nie na moje nerwy.
Moje życie obecnie to praca, gdzie o kupie kota staram się nie myśleć i "po pracy" kiedy ten temat jest nr 1. Zasypiam z myślą, że może rano znajdę, budzę się i lecą sprawdzić kuwetę. W moim życiu wszystkie drogi prowadzą do kociej kuwety.
Szczerze, nie wiem jak sobie mam poradzić z tym wszystkim. Tak się wam spowiadam, bo kto lepiej zrozumie temat jak nie Wy. Tak więc wracam metrem do domu i rozmyślam, wręcz fantazjuję, że w kuwecie znajdę produkt przemiany materii, który sprawi, że zejdzie że mnie całe napięcie, które narasta od niedzieli. Niestety koty nie są same, więc gdyby coś się zmieniło to bym miała info, a telefon milczy, a już prawie 18 godzina... Czwarty dzień. No i nie wiem, jak nie będzie mógł zrobić, bo w końcu przecież musi próbować wydalić, to co, znowu na lewatywę, był przecież niedawno, znowu głupi Jaś, znowu jego przerażenie i skrajna agresja. Co dalej, nie wiem. Czekam na tę kupę i czekam. Czekam kurcze.
