Zaczynam od tego wątku, bo przecież należą się Wam wszystkim przeprosiny. Przepraszam, że wywołałam w Was lęk, myślałam, że jak sobie coś tam skrobnę w czasie przeszłym, to już nikt się nie przejmie. Nie chciałam Was wystraszyć, tylko pomarudzić, jak każdy, gdy go przygniecie.
Powód moich smutków na wczorajszym zdjęciu poniżej. Czekałam na pierwszy miot Vesper, która pięknie znosiła ciążę, i bardzo długo nie przyjmowała do wiadomości, że coś obcego rusza się w jej brzuchu coraz intensywniej. Miała rodzić w ten piątek, śmialiśmy się wszyscy, że na szczęście pani wet nie wyjeżdża na Wszystkich Świętych, bo jak znam swoje koty, to poród wypadnie akurat w niedzielę. Niestety, poród zaczął się o tydzień prędzej, w 58 dniu. Kotki były drobniutkie, niedowłosione, z wyraźnym użyłkowaniem na nóżkach, ale były takie żywotne, że dawały nadzieję, że może jednak... Opuszczały nas, jeden po drugim, przez dwa dni. Ostatniego zawiozłam na pożegnanie do mojej pani wet, bo chociaż płucka nie dawały rady, nie chciał odejść.
I tak Vespul został sam, zagubiony, ale na szczęście nie do końca rozumiejący, co się stało. Gdy zabrakło jej własnych dzieci, przeniosła się do kojca, i w nim stale przebywa, przytulając i wylizując wszystkich, którzy zapłaczą opuszczeni przez te prawdziwe matki. Z nimi cały czas leży, pozwala się zaczepiać, zagarnia wszystkich do brzuszka. Dzięki tym starszakom jest pogodna i spokojna, chociaż nie karmi, bo jej płaskie, "niewyrobione" sutki są zupełnie nieatrakcyjne dla kociąt. Mleko już pewnie jutro, pojutrze zaniknie zupełnie.
Jest oczywiście zabezpieczona antybiotykiem, bo bardzo długo się oczyszczała po tym przedwczesnym porodzie. Jutro mamy kolejną kontrolę, i jeszcze jedną w przyszłym tygodniu.
Na zdjęciu Vespulek, niewyraźny, bo uchwycony przez tubę, gdy przybiegła skontrolować, co robię z maluchami podczas sesji zdjęciowej. Te prawdziwe matki nawet nie drgnęły <lol>
