a dzisiaj Julek przyprawił mnie o zawał... Jako że dłuższy już czas cisza panowała w moim domu, nic nie zleciało z szafy, nic się nie potłukło, żadnego "miaaauuu" koło miski, no normalnie cisza zalęgła się postanowiłam poszukać króla Juliana...wołam "kici kici", szukam to w tym pokoju, to w drugim...nic...w kuchni, w łazience... Julka jak nie było tak nie ma..ciśnienie u mnie już rośnie, po prostu panika...zaglądam pod łóżko, na szafę i błagam "Julek, chodź do pani, Jullikkiii!" i nic..nagle przypominam sobie, że na moment przyszła do mnie koleżanka, czyli drzwi od mieszkania były przez sekundę otwarte... no i jeszcze większa panika...Boooże, wyszedł na klatkę schodową... Boooże, pewnie się zgubił i się sierotka moja biedna kochana błąka po piętrach, nie daj Boże zlazł na parter a tam może akurat drzwi od bloku były otwarte..Panika, prawie łzy w oczach. W te pędy biegnę do szafy po kurtkę, otwieram szafę...i...
i sobie myślę: ...o ja głupia...