W Agilisowie mieliśmy swoją pierwszą poważną chorobę. Nie pierwsze poważne przejście, ale też z Inusią nie mieliśmy szansy na chorowanie, życie nas zaskoczyło i postawiło przed faktem dokonanym. Tym razem po raz pierwszy zaliczyłam szpitalowanie, kroplówki, walkę o powstrzymanie choroby, której źródeł do dziś do końca nie znamy.
Faduś dostał bardzo poważnej żółtaczki. Oczywiście w weekend

Kiedy zobaczyłam w niedzielę dwa tygodnie temu, że nie ma się co łudzić, to nie jest sprawa koloru jego futra, tylko skóra pod futrem jest zażółcona, a śluzówki nie takie różowe jak zawsze, oczywiście wet, oczywiście niedziela, oczywiście moja pani niedostępna. Szczerze mówiąc nie wpadłam w panikę, żółtaczka to objaw, Fado nie miał temperatury, wypróżniał się normalnie, siusiał normalnie, w niedziele faktycznie odmawiał już jedzenia, to znaczy podchodził coś tam polizał, ale nie było to jedzenie w jego stylu. Nie było żadnych obrzęków, oddech spokojny, żadnych objawów nakazujących bieg na sygnale do nieznajomych lekarzy. Nie było też żadnych objawów bólowych ze strony brzucha jako takiego. Zaczęłam więc intensywne dopajanie, nakarmiłam ręcznie, przeczekaliśmy noc. W poniedziałek rano, gdy wstawiałam go do transportera, jak dla mnie był już pomarańczowy, i zaczęłam odczuwać pierwsze objawy paniki. Pani doktor obejrzała, zarządziła intensywne "płukanie" polegające na podawaniu codziennych kroplówek, do tego antybiotyk, steryd, zaczęłyśmy się zastanawiać nad przyczynami. Ja obstawiłam zatrucie, ale dla pani doktor nie wyglądało to na zatrucie - Fado ani razu nie zwymiotował, nie miał biegunki, po prostu nagle osłabł i zżółkł. Pobrałyśmy krew, zrobiłyśmy USG. Brzuch w porządku, nerki w porządku, trzustka idealnie, jedynie powiększony woreczek żółciowy i przewody, i naczynia wątrobowe. We krwi parametry trzustkowe i wszystkie inne w normie, trochę rozjechana morfologia, ale wyłapane wszystko w porę, i jedynie parametry wątrobowe poza skalą. Wirusowe zapalenie może? Ale leukocyty w normie...
Według mnie Fado zatruł się z powodu końcówki naszego remontu. Końcówka polegała na położeniu kafli a małym kawałku przedpokoju, zostawionym kiedyś "na lepsze czasy". Po rozmowach z ludzkimi lekarzami pracującymi na oddziałach zakaźnych, gdzie trafiają dzieci z żółtaczkami, obstawiamy klej do kafli. I nie chodzi o to, że Fado go zjadł, bo nie zjadł, a o wziewne zatrucie - lekarz powiedział, że to częsta przyczyna u niektórych dzieci, i że wtedy nie ma wymiotów, bo czynnik nie dostaje się do krwi droga pokarmową. Wirus jednak wykluczyliśmy, bo po pierwsze leukocyty, po drugie z Fado jest przecież jeszcze 7 kotek, i wszystkie są zdrowe. Ja biorę jeszcze pod uwagę stres związany z remontami, bo Fado jest na wszelkie zmiany BARDZO wrażliwy, ale remont kuchenny trwał długo, chyba 3 albo 4 tygodnie, zepchnął koty z ich normalnych ścieżek bardzo, i wszyscy znieśli go z godnością. Oczywiście trzydniowe zawirowanie mogło być przysłowiowym "gwoździem", kroplą przepełniającą kielich, ale jakoś zbyt gwałtownie i zbyt intensywnie to wszystko się stało.
Najważniejsze było ustalenie, czy nie ma mechanicznego zastoju żółci, kamieni, pisaku. Robiliśmy USG prawie codziennie, bo zażółcenie bardzo powoli ustępowało, wolniej niż się pani doktor spodziewała. Fado dostawał trochę ponad dzienną porcje płynów, a jednak wszystko "stało". Fado nie chciał jeść, karmiłam go ręcznie, bo chciałam, żeby jelita pracowały na lekkich obrotach, ale jednak pracowały. Dopajanie strzykawką, bo nie chciałam dochować się zaparć. Po pięciu dniach ponowne pobranie krwi, i telefon od mojej pani, w głosie słyszę, że jest załamana. Każe mi przyjechać w niedzielę na jeszcze jedno USG, morfologia wyrównała się idealnie, ale parametry wątrobowe poszybowały w górę, dwukrotnie niemal w stosunku do pierwszego badania sprzed pięciu dni. Ja ją uspokajam, że to zapewne tak być musi, bo przecież ta biedna wątroba nie daje rady przerobić tyle bilirubiny, kroplówki ją jedynie zbierają w większej ilości, ale wątroba i tak musi ją przerobić. Fado wyraźnie blednie, a raczej różowieje, i - co dla mnie ma znaczenie absolutnie ważne i kluczowe, chociaż jest niemierzalne w liczbach - po raz pierwszy od pięciu dni się umył. Przez pięć dni chodził z okrwawionymi od wenflonów łapami, których ja nie doczyszczałam, bo bo to był dla mnie jedyny mierzalny sygnał poprawy, kiedy łapki zostaną umyte. Pani doktor przerażona, bo za dwa dni ma wyjeżdżać na urlop, ja obiecuję co dwa dni wysyłać zdjęcia poglądowe
Faduś już w dobrej formie, na ostatnim USG we wtorek i przy podaniu zastrzyków prawie nas pogryzł

, podwąchuje dziewczyny i chodzi za nimi, więc samopoczucie w normie

Je już samodzielnie, chociaż mu nie ufam, i ręcznie, jak Kurczaka, dokarmiam dwa razy w ciągu dnia. Dopajam go w ilości ok. 150 ml dziennie, chociaż ładnie podchodzi do wody samodzielnie, ale nawodnienie jest kluczowe. Już na wtorkowym USG woreczek był wyraźnie mniejszy, zażólcenie prawie zeszło, ja co prawda wiem, gdzie jeszcze szukać ostatnich śladów, ale widać że wszystko się normuje. Badanie krwi dopiero jak wróci moja pani doktor z urlopu, co prawda wtedy mnie nie będzie, bo potrzebuję resetu dla siebie, i to jedno pobranie zostawię na głowie Bohdana
Fado-2017sier5-04.jpg