Powinnam chyba historię choroby Meg opisywać w specjalnie utworzonej do tego zakładce "koci katar". Wydaje mi się, że dzisiaj był punkt krytyczny choroby i teraz będzie wszystko zmierzać ku dobremu. Wymyśliłam jeden w 100% skuteczny sposób (nie wiem jak długo Meg się nie zorientuje, że coś tu inaczej smakuje, niż powinno). Meg skubnie jednym ząbkiem mokrego, zje dwa chrupki, więc wymieszana z jedzeniem lizyna ma nikłe szansę dostania się do jej organizmu, a w każdym razie w minimalnej dawce. Meg natomiast uwielbia rozpuszczalną kawę z mlekiem (wiem, że jest niezdrowa dla kota), ale zawsze jak piłam ją rano Meg nie spuszczała mnie z oczu i wylizywała brzegi kubka, oraz wsadzała lapkę do środka, żeby coś stamtąd wyjąć na łapce. Nie robiła tego oczywiście na moich oczach, tylko "przyłapywałam ją na gorącym uczynku". Więc po jakimś czasie miałyśmy taki rytuał, że rano ulewałam jej tej kawy (bez cukru, bo nie słodzę) na łyżeczkę i Meg to sobie chliptała z wielkim zadowoleniem. Ponieważ mleka kociego nie lubi to zaczęłam się zastanawiać, co jej tak w tej kawie smakuje? W każdym razie wczoraj mnie olśniło i Meg dostała w jednej porcji kawy przemyconą, rozpuszczoną tabletkę Immuodolu i Lizyny. Cieszyłam się jak dziecko, że to wypiła! Nie wyczuła smaku lekarstw. <klaszcze> <klaszcze> <klaszcze> Pewnie dlatego, że teraz mniej kicha, chociaż nadal tak głośno, że zmarłego może obudzić (nie przespałyśmy znowu nocy), ale zaczęły się wydzieliny fontanny płynów z oczu, z pyszczka śliniła się okrutnie i z nosa. Tak ją to irytowało, że całą noc nie spała, tylko się czyściła z tych "smarków". Tej wydzieliny było tak dużo, że nie spała w łóżkach, ani żadnych legowiskach, ani na kocykach. Pewnie jej się kojarzyło to z czymś "nieczystym" wydzieliną jak odchody lub wymioty, więc cały czas grasowała w okolicach kuwety. Nie chciała bidulka niczego zabrudzić, ale przez to nie zmrużyła oka tylko koczowała "po parterze", albo przysiadywała na podłodze na ugiętych nóżkach. Niestety była na tyle zdenerwowana, że nie dało jej się już wieczorem zapuścić antybiotyku do oka. Natomiast dzisiaj rano przeczytałam na forum, że koci wirus może wywołać:
- silne, przewlekłe zapalenie spojówek i rogówki (zwłaszcza przy jednoczesnym zakażeniu bakterią z rodzaju Chlamydia)
- owrzodzenie rogówki (nieleczony wrzód może spowodować zakażenie całego oka i konieczność usunięcia gałki ocznej)
- nasilający się, gęsty, żółtobrązowy wypływ z oczu
- stale przymknięte oczy
- bolesność oczu
- u niektórych kotów powstają nieodwracalne zmiany (przewlekłe zapalenie spojówek, utrzymujący się do końca życia wypływ z oczu i zamglenie oczu, jak również nawracające stany chorobowe ustępujące pod wpływem leczenia)
- stan zapalny jamy nosowej (uszkodzenia błon śluzowych, obumarcie tkanki), może przejść w przewlekłe zapalenie jamy nosowej trwające do końca życia (objawy: częste kichanie, chrapliwe dźwięki wydawane przez nos, przezroczysty wyciek z nosa, co jakiś czas nawrót choroby i konieczność podawania leków)
I po przeczytaniu tego tekstu "nie było przebacz". Krople zostały zapodane mimo ran ciętych. Pomyślałam sobie, że albo będę "miękka", albo "twarda", i jak się będę tak litować nad kotem to leczenie nigdy się nie skończy! Po tej nocy jestem znowu "w rozsypce". Jestem tak pełna podziwu dla wszystkich ludzi w schroniskach, którzy opiekują się chorymi kotami, albo kotami przebywającymi w domach tymczasowych! Przecież oni dzień w dzień mają takie przypadki, bo przecież z ulicy koty trafiają w strasznym stanie. Naprawdę chylę nisko czoła.
Dziękuję forumowiczom za wspracie! <serce>
Skoro kaszel torchę ustał, a pojawiła się ta wydzielina, to idzie ku dobremu prawda? Tak jak u ludzi? Mam nadzieję, że występuje taka analogia także, że najpierw kaszel suchy, potem mokry i odkrztuszanie. <hm> W każdym razie chciałabym, żeby tak było! <roll>