Jechalismy ok 6 godzin, może troszkę więcej, bo juz na samym starcie trzeba było Różowej broń biologiczną z pieluchy usuwac. po godzinie kolejną, a potem pora karmienia była. Lucek na szczęście przyzwyczajony do jeżdzenia autem, więc nie marudził. Jak się zatrzymaliśmy na popas dla Różowej, to go wypuścilismy w aucie z klatki, by rozprostował gnaty. Zwiedził auto, pomiział się i poszedł sie położyc do transportera...
Ogólnie sama podróż ok, Lucek jechał na przednim siedzeniu w klatce, ja z Młodą z tyłu. Jak Tz wychodził na postoju z auta, to kocuro miauczał póki nie pokazałąm, że ja nadal w aucie jestem.
Na miejscu wsadziliśmy go do kuwety, ale podejrzanie nic nie było słychac, a on nie wychodził. Okazało się, że sie tam położył i bał się wyjśc. Podniesliśmy drzwicki by zobaczył, że jestesmy i go zawołaliśmy. Wyszedł, ale schował się pod najbliższe łózko i olał kabanosa i cukierka. Zostawiliśmy go tam wiedząc, że nie wyjdzie i się po prostu rozlokowaliśmy i rozpakowaliśmy w domku. położylismy Młodą spac itd. Wtedy przyszlismy do pokoju, gdzie kot siedział pod ózkiem. usiedliśmy i po prostu zaczęliśmy rozmawiac. Kot wyszedł szorując brzuchem i ogonem po ziemi. Zobaczył, że jesteśmy, zjadł kabanosa i cukeira, podniósł ogon do constans i zwiedzał pokoj. Podniósł ogon w górę i już z fajką, ale nadal na przygiętych lapkach zwiedził cały domek mrucząc!! Byliśmy w szoku.
W nocy spał albo u mnie w nogach, albo u TZta, pomiędzy drzemkami zwiedzał. Za to przegiął o 4 rano, bo zaczął drzec japę pod drzwiami wyjściowymi. Niestety z okna widział ptaki na trawniku i słyszał ich bardzo głosne śpiewy i chciał do nich dołączyc. bylismy twardzi i udawaliśmy, że śpimy, więc przestał się wydzierac i przyszedł do nas spac.
Jedlismy sniadanie na tarasie, kot zwiedzał taras, uciekał do domku zawsze, jak usłyszał, że ktoś idzie ścieżką obok domku. NA drugi dzień wypuscił się dalej, a na trzeci gonił się ze mną wokół domku, ale przybiegał do domu awsze, jak widział, że my znikamy z tarasu do domu, albo jak ktoś obcy pojawiał się na ściezce.
Jak wychodzilismy np na pól dnia, to on spał pod naszym łozkiem, gdzie miał swój kocyk, albo siedział na legowisku, ktore zrobiłam mu na szafce przy oknie, bo okna parapetów nie mają tam. Nie słyszeliśmy płaczów ani nic. JAk on slyszał, ze przychodzimy do dmu, to witał nas pod drzwiami z ogonem w górze. Już drgiego dnia wciskał swoje wielkie dupsko do małej umywaleczki by pic wodę. Ogólnie stwierdzilismy, że juz po pierwszej nocy zachowywał się jak u siebie w domu i to nas właśnie zdziwiło bardzo bo Lucek od zawsze bojaźliwy był i obawiałam się, że cały urlop spędzi schowany głęboko pod łozkiem...
W dniu wyjazdu TZ pakował auto, ja zajmowałam się Różową,a Lucek plątał się TZtowi pod nogami co jakiś czas przychodząc do mnie. PO prostu nas pilnował strasznie. Ponieważ chcielismy jeszcze wyskoczyc na sniadanie przed wyjazdem kocie miski i kuweta by;y pakowane jako ostatnie, a reszta już w aucie była i tu niestety był błąd i lekka panika kocura, który chyba pomyślał, ze go zostawiamy, bo lekko miaukolił jak szlismy na śniadanie. A ja zupełnie zpaomniałam, ze on się czuje bezpiecznie póki widzi jakies nasze torby lub walizkę.mogliśmy chociaż jedną zostawic. Za to jak wrócilismy ze snaidania, spakowałam miski, włożylismy go do kuwety i TZ wsadził jego kocyk do klatki, to pierwszy raz od dawna Lucek sam zapakwoał się do ransporterka. Powrotna droga byla troszke gorsza, bo gorąco było, ale klimy używalismy tak, by kotów nie przeziębic. Za to powrót do domu orkaszony ocieraniem się o kazdy kąt domu i wielkimi biegami po ogrodzie :-)
urlop uwazam za bardzo udany jeśli idzie o zachowania kota i Młodej. jesli idzie o pogodę, to
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us