Postaram się uchwycić całą czwórkę, chociaż nie wiem, czy mi się uda - zdjęcia robię "z doskoku", dziś w ogóle nie było mnie w domu, wróciłam wieczorem, i na focenie nie ma już warunków. To znaczy byłyby, gdybym wreszcie zabrała się za lampę, ale zwyczajnie o takiej godzinie nie mam już siły.
Guru jest wielki i okrągły, najgłośniej krzyczy, żeby wyciągać go z kojca - ma wtedy taki rozpaczliwie skrzywdzony wyraz pyszczka, że nie można mu odmówić, i oczywiście wyciągamy. To pierwszy miot, którego nie wypuściłam jeszcze na wolność - to flejtuchy zwyczajne są. Jak są na dużej przestrzeni, nie chce im się szukać kuwety, chociaż wystawione są 3, różnych rozmiarów. Dokonaliśmy więc małej rewolucji w naszym życiu, podzieliliśmy meblami pokój na pół, żeby glizdy miały gdzie biegać, i ograniczyliśmy w ten sposób przestrzeń - jak mniej miejsca, do kuwety zawsze się trafi. Poczekamy tak tydzień i znów spróbujemy wypuścić.
Gatta nic sobie nie robi z ograniczeń - ZAWSZE znajdzie dziurę, którą się wydostanie, i jagódka nagle wystrzela spod kanapy, zadowolona, że znów jest free
Grace chyba najgłośniej i najchętniej mruczy, jest przymilna i jedwabista w dotyku. I ŻARŁOCZNA! Je najwięcej z całej czwórki, właściwie muszę jej pilnować, ostatnio wyciągnęłam jej z gardła mięsny pasek, bo już nie mogła go dopchnąć i przełknąć, i tak stała czekając zmiłowania. Ale jak zabierałam, to walczyła, jakby od tygodnia nie miała niczego nawet do powąchania, o jedzeniu w ogóle nie mówiąc.
Grappa zaczęła jeść, jest wielka jak Guru, niewiele mu ustępuje. Była najgrzeczniejsza przy obcinaniu pazurków
