Ja tu pitu pitu, sukienki zakupy, a tam...
SCENA: Karolina w centrum Katowic, z siatami, czeka na tramwaj do domu.
Godzina 14,39 - tel. że można odebrać Kicia.
14.40 - Alarm, TŻ wydzwoniony, ale nie może wcześniej wyjść z pracy
14.41 - Tata wydzwoniony, też nie może podjechać.
Więc jadę tramwajem do domu, rzucam siatami, biorę kasę i lecę na autobus.
15.07 - autobus za 7 minut, orientuję się, że nie wzięłam telefonu
15.14 - autobusu ni widu ni słychu
15.23 - ulica rozkopana, postój taksówek zniknął, nie mam telefonu więc nie mogę żadnej zamówić
15.25 - pot płynie ciurkiem po plecach z nerwów, dorwałam Panią na przystanku, pytam czy mogę zadzwonić z jej telefonu, że pilna sprawa, klinika itp - Pani do dziecka jedzie? - Nie, po kota... - Mina Pani, bezcenna

Dzwonię do TŻta, że spotkamy się na miejscu, niech nas odbierze.
15.29 - policzyłam wszystkie rysy na zegarku
15.33 - zauważyłam 4 odbarwione ogniwka w bransoletce zegarka, muszę zareklamować.
15.34 - kolejne 10 spojrzeń na zegarek, 5 ogniwko do reklamacji
15.36 - jest autobus!
15.51 - wysiadam, zza busa wyłania się samochód TŻta, jestem uratowana!
15.53 - Jest mój kituś, wygląda jak siedem nieszczęść, dupka mu zamiata podłogę, ale przytomny jest i nie miaukoli... teraz śpi na kocyku obok mnie...
Ależ się martwilam!