Wczoraj to był jakiś sądny dzień chyba. Do weta byliśmy umówieni na 18.00 i akurat w ten dzień całe Katowice postanowiły się na maksa zakorkować. Tż z jednego końca na drugi koniec miasta po mnie jechał 1,5 godziny, co mu normalnie zajmuje 20 minut, potem "biegiem" do domu, wpadliśmy o 17.30, żeby rzucić torbę i spakować futra. Oczywiście Tami jak zobaczył, że niosę drzwi z transportera to czmychnął na półkę pod sufit i zaparł się jak osioł, że on się stamtąd nie rusza. Musiałam lecieć po drabinę i na siłę ściągać go. Wrzasku narobił takiego, że biedny Tobi też się wystrachał. Dobra, jakoś się spakowaliśmy i przy wokalnym akompaniamencie stereo ruszyliśmy do weta. Czas 15 minut, a drogi na 40 minut. Ale żeby nie było zbyt prosto w połowie drogi gdzie mieliśmy zjechać na autostradę "niespodzianka" <strach> zamknięty zjazd i musieliśmy jechać przed siebie zupełnie nie wiedząc gdzie. Jakimś cudem pokrążyliśmy i znaleźliśmy drogę i tym sposobem u weta byliśmy o 18.30. Tam ludzi kupę więc swoje musieliśmy odstać po czym wreszcie udało się dostać do gabinetu.
Tobiś u weta nie czuł żadnego dyskomfortu, spacerował po stole, siedział sobie grzecznie, dał się obadać grzecznie i nawet nie pisnął przy szczepieniu. Wetka stwierdziła, że jest okazem zdrowia i ma cudne uszka. Ząbki na dole już są nowe, a na górne mamy obserwować, ale powinny same wypaść.
Za to Tami to o zawał mnie przyprawi kiedyś. On się coraz bardziej boi, im starszy tym bardziej, był tak przerażony na stole i to sam z siebie, bo jeszcze nikt mu nic nie robił, że aż czułam drżenie na rękach. Musiałam się cała zaprzeć, bo on głową pcha jak czołg pod pachę, żeby tylko uciec z tego stołu. Na szczęście krew udało się pobrać bez problemu, bo wetka bierze z tylnej łapki a nie z przodu, więc Tamiś nie widział co tam robi, bo miał głowę pod moją pachą. Z posiewu z moczu wyszła mu bakteria G- i dostaliśmy zalecenie przeleczenia antybiotykiem, ale ponieważ on tak strasznie znosi jazdę do weta, to dla jego dobra, to leczenie będziemy wdrażać za dwa tygodnie, a wczoraj tylko dostał szczepienie, żeby nie musieć znowu z nim jechać. Koniecznie musi też schudnąć, bo niestety pojawiły się szmery w serduszku, których w maju jeszcze nie było

Wprawdzie wetka stwierdziła, że te szmery to mogą się na różnym podłożu pojawiać, czasem i ze stresu mogą wystąpić, a normalnie ich nie ma. To będziemy w grudniu sprawdzać na badaniu echa serca. Tak mi żal tego mojego misia, że on tak strasznie przeżywa te wyjazdy

O wyniki z krwi mamy się pytać za tydzień. Oby te wyszły mu w miarę dobre

Najgorzej będzie z tym odchudzeniem, już nie mam pomysłu jaką karmę kupić, bo prawie wszystkie już przerabialiśmy. Chyba będę musiała wrócić do PoNa bez ryżu który daje najlepsze efekty, mimo że Tamisia uczula, ale wetka stwierdziła, że dla niej ważniejsze jest żeby schudł, a potem się będziemy kropkami na brzuchu przejmować. Przynajmniej tyle dobrze, że te kropki to tylko sobie są, ale Tami z nimi nic nie robi jak je ma, nie swędzi go to, nie wylizuje, nie drapie, więc taki kompromis będę musiała przyjąć.