Cały dzień trzymał mnie ogromny stres.
Ślęczałam najpierw nad transporterkiem w którym wyglądała jak nieżywa

Odebrałam ją o 12.30. Oczy otwarte, język wywalony, widok okropny. Zaczęła ruszać łapką koło 14, a o 15 nastraszyła mnie nie na żarty, pisk straszny całą zaczęło nią telepać, wpadłam w panikę. Zaczęła okropnie zwracać, ja tel do weta od razu. Uspokoił mnie, że może się tak dziać, jeśli np jadła coś w nocy,ale miski miała puste <shock>. Upaćkała się cała w tym, cała mordka, ja oczywiście z płaczem (miałam wyrzuty, że jej ten los zgotowałam). Umyłam ją tak delikatnie taką nieprzytomną, bo po tym wszystkim padła jak przecinak, tylko po ruszającym brzuszku wiedziałam, że żyje. Dopiero o 17stej zaczęła czołgać się do swojej budki na parterze (gdzie nigdy nie siedzi <shock> ). Wlazła tylko głowa, reszta bez żadnych ruchów wystawała jak rozjechana żaba poza domkiem. Potem czołgała się do toalety. Musiałam wyjść dosłownie na 5 minut, wracam a ona wdrapała się jakoś na walizkę męża i zaczęła znowu zwracać, więc znowu mycie pysia i łapek

Dopiero teraz chodzi ale zatacza się. Ale ulzyło mi kiedy wyszła z budki i kołysząc się wskoczyła do mnie na łózko ostatkiem sił i wtuliła w brzuszek <zakochana> Chyba nie ma do mnie żalu o to wszystko, myślałam, że będzie obrażona.
Stres miałam okropny z tym napadem zwracania, bardzo dużo zwróciła.
Właśnie się głasiamy
