Coś mi to przypomina :-) Niewykluczone, że za chwilę Puchatego też będziesz musiała wyprowadzać, u mnie tak było
Ja zaniechałam wyprowadzania kotów, niestety z czasem okazało się to dość uciążliwe, całego zwierzyńca na raz nie mogłam przecież zabierać, a wyprowadzanie każdego osobno (najpierw pies, potem Kituniu, następnie Bajzelek) zabierało mi codziennie dość dużo czasu i nie było zmiłuj się (nie miałabym sumienia odmówić komukolwiek z nich).
Wyprowadzałam tak całe lato, jak się zrobiło mokro i zimno, to i kotom przestało się chcieć wychodzić, tej wiosny już chyba nie pamiętały, że jeszcze pół roku wcześniej wychodziły, bo się nie domagały.. może dlatego, że w zamian obiecałam im osiatkowany wybieg
Ale zrezygnowałam nie tylko z powodu własnego lenistwa, to była również kalkulacja ryzyk i tu dochodzimy do tematu szczepień. To trudny i niejednoznaczny temat, trzeba sobie wyrobić własną opinię, zwłaszcza w kontekście okoliczności, w jakich kot wychodzi. Dogłębnie go rozeznawałam i konsultowałam z naszymi wetami. Ostatecznie postanowiłam nie szczepić przeciwko białaczce i wściekliźnie. Te szczepienia niosą ze sobą pewne ryzyka, w pewnych okolicznościach być może większe niż ryzyko zarażenia, skuteczność szczepienia przeciwko białaczce do tego jest dyskusyjna.
Wyprowadzanie kota na smyczy to też pewne ryzyko. Tak więc trzeba to dobrze rozważyć, decyzja musi być świadoma.
I przyznam, że w Twojej sytuacji znacznie trudniej byłoby mi podjąć decyzję o nieszczepieniu... Już chyba łatwiej o niewyprowadzaniu kota wcale.