Pisząc z naszą Atomerią, wzięło mnie na wspomnienia! Czy ja Wam opowiadałam jak poznałam przydomniaki?
Bezdomniaki urodziły się naprzeciwko mojego domu w lato!
Było ich 4, może nawet 5.. niestety już po kilku tygodniach widziałam ich coraz mniej. Uchowały się 2
Zawsze jak padało, one maleńkie piszczały, a ich mama natychmiast biegła do nich wracając z polowania..
Kotki były zupełnie dzikie, mama już w ogóle...
Nie dało się im pomóc.. ja nie raz w deszcze je szukałam..echhh
Czasem były tak schowane,że święty by ich nie znalazł, czasem uciekały za płot do sąsiadów.
Zaczęłam podrzucać jedzenie mamie, bo wyglądała jak skóra i kości.. a z balkonu obserwowałam,jak ona zostawia całe jedzenie dla bliźniaków! Sama ewentualnie jadła na końcu, jak chłopaki coś zostawiali. To było wzruszające.
Gdy mama je zostawiła, ja się nimi zaopiekowałam na całego. Jedzenie jadły jedynie pod warunkiem, że zostawiałam je daleko i wracałam do domu. Z czasem kucałam w pewnej odległości i patrzyłam jak jedzą. Miesiące zajęło mi sprawienie, że jadły względnie blisko mnie.
Przed zimą większy z nich pozwolił się dotknąć. A przy każdym otworzeniu drzwi one tam były. Wtedy zbudowałam pierwszy domek dla bliźniaków. Później już szło już coraz lepiej, choć najmniejszy ruch je płoszył. Do czasu gdy mniejszy zachorował. Nie otwierał oczu. Tydzień "polowałam" aby przemyć mu oczka

Miałam arsenał wszystkich potrzebnych leków. W końcu się udało, choć ja wyszłam z tego starcia ze szwankiem.
I zaczęło się budowanie zaufania od początku.
Resztę historii już znacie. Wiedziałam,że chłopaki zbliżają się do pierwszych urodzin. Nie wyobrażam sobie abym mogła znowu patrzeć na pięcio- centymetrowe ogonki moknące w deszczu i nawołujące mamusię..
Coraz więcej o nich wspominałam tu na forum, bo ich miziastość zaskakiwała także mnie..
Później kastracja.. No i Wasza wspaniała akcja podarowania im domku!
Gdybym zliczyła, ile kartonów musiałam wymieniać, ile misek zabierał wiatr...pilnowałam też,aby kocury nie chciały im coś zrobić dopóki chłopaki nie będą większe..
Nigdy bym nie przypuszczała,że ta historia tak się rozwinie...
Teraz jak widzę dwa wielkie kocurry wylegujące się u mnie w ogrodzie w promieniach słońca, to cieszę się,że podjęłam tą walkę o ich lepsze życie. Uwielbiają gdy się je głaszcze, zwłaszcza przy ogonku. <serce>
Dziękuję
-------
A jeśli chodzi o sprawy przyziemne

Domek kosztuje około 240 zł. Przeróbki na pewno troszkę podniosą koszt: drzwiczki + grubszy styropian+ haczyki do dachu. Pomniejszę wejścia. Pokoi będą dwa, lecz w ścianie zostawimy malutkie przejście aby się ewentualnie widziały w razie potrzeby.
Do tego transport.. Na dokładną wycenę jeszcze czekam. Mam kontakt do producenta tych domków. Myślę, że będzie to około 300-350 zł.
Czuję,że to będzie wszystko co chłopaki będą potrzebować. I tak jak wspominałam. Jeżeli wyrazicie zgodę, to za resztę chciałabym dokupić im suchej karmy + jeśli by zostało kilka puszek.
Jeśli nie, możemy przekazać je na cele charytatywne dla zwierzaków np. do ToZ-u w Nowym Sączu.
Chłopaki są odrobaczeni i mają kropelki przeciw pchłom, więc tu jest ok.
A może dzięki temu wszystkiemu, ktoś je jednak zechce. Przecież to nie są bezdomne koty, to przydomniaki sołtysowe