W związku z moją chwilową nieobecnością, nadrobię zaległości i opowiem Wam nieco o moich dotychczasowych przygodach. Dzisiaj napiszę o mojej pierwszej dalszej podróży. Moi starzy wzięli mnie ze sobą do potencjalnego dziadostwa (tj. dziadków) na Mazury. Podchodziłem do całej wyprawy dość sceptycznie. Upał, pińdziesiąt stopni na zewnątrz, a przede mną jakieś 100km męczarni w samochodzie. Mam świadomość, iż moi bracia i siostry nie znoszą takich wypadów, ale ciekawość zwyciężyła i dałem się namówić.
Początek wyprawy był nawet obiecujący. Zerkałem przez szybę na wszystko dookoła, ale często przy jakichś skrętach, wyprzedzaniu, znosiło mnie na siedzenia i zaliczałem kolejne upadki. W końcu przestało mi się to podobać, gdyż drogi były coraz bardziej wyboiste, a kierowca znacznie przyspieszał. Tłumaczył to tym, że chce, by te moje męki ukrócić, blah blah. Wówczas schowałem się pod fotel, gdzie wydawało mi się, że będzie nieco przyjemniej (chłodniej?).
Jako dzielny mężczyzna przetrwałem podróż i szczęśliwie dojechaliśmy. Na miejscu czekały na mnie jeszcze większe "atrakcje". Okazało się, że dziadostwo trzyma pod swoim dachem psa-staruszkę i kotkę-lokalną gwiazdę. O ile dziadostwo było moim towarzystwem oczarowane, o tyle podopieczni mieli sporo zastrzeżeń. Skończyło się to izolacją lub kontrolowaną socjalizacją. Suczka to już nieco ślepowata, ale nadal potrafiła narobić hałasu. Kotka za to przy bliższym poznawaniu wymiękała i nie udało mi się z nimi odpowiednio poznać.
Warunki były bardzo dobre. Co prawda nie pozostawiono mi pełnej swobody, ale metodą małych kroczków zacząłem poznawanie świata spoza mieszkania.
Tutaj od razu podkreślę, że kształcenie to kontynuowałem po powrocie. Chętnie wychodziłem z rodzicielami na wieczorne spacery i muszę przyznać, że spodobało mi się to. Dużo mnie ta wycieczka nauczyła. Nie mam już problemów z krótszymi trasami autem, np. do weterynarza, a na ośce kroczę z podniesionym czołem. To na razie tyle. Życzę Wam miłego dnia!