: 24 lis 2010, 23:32
Właśnie mieliśmy jazdę z małą. Znowu wlazła w kaktusa. Tym razem z konsekwencjami. Wyskoczyła z niego jak poparzona i wyraźnie zaczęła kuleć na tylną łapę. Zgarnęłam ją i oczywiście odkryłam powbijane kolce. Wyciągnęłam cztery, ale piąty wlazł tak głęboko, że za nic nie mogłam go chwycić. Chyba z godzinę się męczyliśmy z wodą z mydlinami (by trochę rozmiękczyć skórę), igłą, pincetą, lupą i latarkami. Jestem cała spocona. Mała też. Mała tak się darła, że aż duża zleciała z góry zobaczyć, co się dzieje i też się zaczęła drzeć. Po okropnym stresie i wysiłku całej naszej trójki (a raczej piątki) w końcu udało się wydobyć kolec, który nie dość, że był strasznie długi to jeszcze wszedł okropnie głęboko.
Mała jest wypłukana z mydlin, zdezynfekowana i szoruje mokre futro. Nadal kuleje, ale to raczej nic dziwnego skoro ten kolec cały wszedł jej w poduszeczkę. Zobaczymy jak będzie rano. Teraz spać.
Mała jest wypłukana z mydlin, zdezynfekowana i szoruje mokre futro. Nadal kuleje, ale to raczej nic dziwnego skoro ten kolec cały wszedł jej w poduszeczkę. Zobaczymy jak będzie rano. Teraz spać.