Witajcie kochani. Przepraszam, że nie było mnie tak długo, ale trochę się u nas zmieniło i nie mam już możliwości bycia na forum codziennie i na bieżąco we wszystkich wątkach, a pisanie tylko u siebie to tak trochę bez sensu mi się wydawało więc wolałam sobie odpuścić, ale tęskno mi było bardzo.
Aż tak różowo, jak Dorotka pisała, to u nas nie ma, ale zawsze może być gorzej, więc nie będę narzekać i napiszę lepiej co u miśków się działo. Postaram się wpadać od czasu do czasu, jak tylko mi się uda. Moje łobuzy przez zimę zrobili się strasznie absorbujący, to pewnie dlatego, że nie wychodzili na dwór. Nie mogłam na moment siąść, bo mendy jedne zaraz zabierali się za firanki, więc trzeba się było bawić z miśkami. Kupiłam w jakimś sklepie taką żółto-różową muchę na patyku i okazała się ona wielką miłością Tobinka. Jakie on salta, wywrotki i cuda robi przy jej łapaniu to się nie da opisać, a ile się przy tym naobija, jak sierota jakaś. Chodzi z nią w pysku i zanosi do kuchni pod lodówkę, zanosi ją do miski, żeby ją napoić, a jak drzemie w rondelku to też ją zabiera ze sobą, albo siedzi nad nią i śpiewa do niej. Nie wiem co ja zrobię, jak ta mucha się rozleci, bo już jej nigdzie nie mogę znaleźć, żeby kupić nową. Tamiś nie był nią na początku zainteresowany, myślałam, że się jej boi, ale z czasem okazało się, że on wcale nie chce uczestniczyć w zabawach i zaczął się coraz mniej ruszać, aż zauważyłam, że on nie chce chodzić i zaczął kuleć na przednią łapkę. Schudł nawet do 7,7 kg, bo nie chciał się do miski fatygować, ale się nie martwcie, bo już nadrobił z powrotem do 7,9. Na szczęście za drugim podejściem u weta udało się postawić Tamisia na łapki, dostał blokadę w zastrzyku we wszystkie stawy prawej łapki, leki i od tamtej pory ("odpukać") nie poznaję Tamisia. Normalnie ktoś podmienił mi kota. Zaczął się wpychać Tobinkowi w polowaniu na muchę, biegać, wciąż łazikuje i nie śpi całymi dniami, oczywiście z Tobinkiem się wciąż tłuką, ale najpierw się wołają do innego pokoju żebym nie widziała, bo wiedzą, że nie pozwalam się tarmosić. Sezon ogródkowy już rozpoczęty, ale niestety nie jest w tym roku tak beztroski, jak w zeszłym roku. Tobinek znowu musi chodzić na uwięzi, bo mamy w tym roku jakąś plagę kleszczy. Co wszedł między tuje to miał jakiegoś kleszcza. Ja już mam fobię na tym punkcie, cały czas chodzę krok w krok za nimi z grzebieniem i trzymam Tobinka na sznurku, żeby nie wszedł w tuje. To mu się nie podoba niestety i wciąż próbuje ciągnąć w tuje, bo tam przecież przy płocie najlepsza trawka do jedzenia jest. To już nie są takie fajne spacerki, jak kiedyś, że sobie biegał, jak chciał. Przez te paskudztwo coraz mniej przyjemności mam z tego ogródka, bo strasznie się boję kleszczy. Niestety Tamisia kochają jakoś szczególnie i jeden mu się zdążył przyczepić za uchem. Miał potem guzka wielkości zielonego groszku, ale na szczęście już mu się to wchłonęło. Koty oczywiście mają zaaplikowane krople przeciw kleszczom, ale jak widać, nic to nie daje. Tamiś to przez te krople wyłysiał na karku, więc już nie będę mu ich aplikować. Chcę spróbować obroże. Może one będą skuteczniejsze. Mam tylko obawy czy Tami na nią też nie zareaguje jakoś alergicznie, bo wtedy to już nie wiem co zrobię. Pies kolegi po obroży dostał jakiegoś zaczerwienienia na szyi i musiał mu to zdjąć. Nawet już się zastanawiam nad opryskiem zwalczającym kleszcze, choć drogie to jest bardzo, ale boję się czy to nie będzie szkodliwe, bo Tobi trawę zjada na dworze, boję się, żeby się nie zatruł albo nie rozchorował po takiej opryskanej trawie.
Fotek nie robię, więc nie mam nowych, mam jakieś z zeszłego roku, ale nie wiem czy uda mi się wkleić, spróbuję. Nie wiem, jak się tu odnajdę teraz
Pozdrawiam Was i ściskam
Mój solenizant przedwczorajszy, któremu już 3 latka stuknęło
Moja pierdoła, która się nauczyła wrzeszczeć
