Walka z nadwagą naszych miśków (i nie tylko miśków), jak wszyscy wiemy, wymaga od nas tzw. twardych postaw i żelaznej konsekwencji. Opowiem, jak to u nas ta sprawa się ma, jeśli chodzi o Koko.
Codziennie sama na własnej skórze (dosłownie!) doświadczam, co to znaczy STARAĆ się być twardym wobec mojego pasibrzucha. Koko, jako brytyjczyk, wiadomo, należy do dość krępych kotów. No i, co z tym związane, wymiatających wszystkie miski do czysta już w chwili zaserwowania jadła. Siłą wyższą, w nocy oczywiście miski są puste. No, ale jak tu nie umrzeć z głodu, gdy noc dłuuuuga?
Zatem każdego ranka, punktualnie o 7.00 przychodzi do mojego łóżka i robi pobudkę, wołając pytająco i piskliwie "miau?" Czyli inaczej: „mam sprawę”. Z mojej strony jakiejkolwiek reakcji brak. A to jest dopiero podejście pierwsze.
Podejście drugie (pół minuty później): "Miau, miau?" (też nadal piskliwie).
Wyciągam rękę spod kołdry, aby pomiziać miśka pod bródką i ewentualnie za uszkiem. Na to w ripoście dostaję lekkiego gryza z palec (że niby nie o to mu chodziło). „Auć! Nie wolno!” Odwracam się na drugi bok.
Podejście trzecie: "Miau, miau, miauuu...

" (wyraźnie dwa tony niżej)

I do tego drrrrap z zaciągnięciem nitki w nowiutkim prześcieradle frotte. "O żesz ty! Nie wolno!" I znowu obrót na przeciwny bok.
Podejście następne po kolejnej minucie: Koko dość tęskno wzdycha i dotyka łapką mojego policzka, nieśmiało usiłując zaaplikować mi akupunkturę. Na wszelki wypadek chowam głowę pod kołdrą i odwracam się na drugi bok. Czuję przemarsz grubasa tranzytem przez moją głowę.
Po ok. pięciu minutach dyskretnie wyglądam spod kołdry, aby sprawdzić, jak tam sytuacja na froncie. W odległości ok. 10 cm od mojego nosa odnotowuję obecność twarzy przeciwnika, który wybałusza się na mnie swoimi patrzałkami wielkości dwuzłotówki i pyta... "Miauuuuuuuu?"
Stwierdzam, że już na dany dzień nici ze spania, więc daję się zagonić przez gagatka do kuchni.

Gagatek oczywiście pędzi tam pierwszy niczym pershing. Wydzielam do miski pół puszki mięska w galaretce (druga połowa - na potem), w pokoju napełniam smaczkami kocią łamigłówkę, a sobie zaparzam kawę.
Delektując się pierwszym łykiem wyżej wzmiankowanego napoju bogów słyszę znajome "miauuuuu...?" (znaczy się, "druga połowa mięska w galaretce marnuje się w lodówce - dawaj, bo umieram z głodu").
Ulegam dla świętego spokoju. I dopiero teraz pasibrzuch odpuszcza, bierze swoją rytualną suchą kąpiel i udaje się na drapak. Ponieważ w miskach już tylko chrupasy (z żelazną konsekwencją, aż do następnego ranka!), wilczy apetyt Koko daje z konieczności za wygraną. Zapanowuje tzw. „pełna kultura” – w ogólności oraz… w wiadomej szczególności też. Ufff!
