Właśnie wróciliśmy, znów to trochę trwało...
Wydzieliny z nosa i oczu nie było jak już byliśmy u wetki.
Dostał zastrzyk z syropem na to, by mógł się wypróżnić, bo nie był w kuwecie już 2 dni.
Następnie miał zostać nawodniony....
Kroplówka - pierwsze podejście : istna masakra, kot - spokojny miziak, przytulasek i łagodny koteczek, przemienił się w lwa!!!! Tak się wykręcał, wyginał, drapał, miałczał (a jego miałki słyszałam zaledwie kilka razy i to takie delikatne, ledwo słyszalne), kroplówkę sobie wyjął zębami.
A więc próba z wenflonem. Jeszcze gorzej;/ Podrapał wszystkich dokoła (ja, pani wet i asystentka) więc zarządzono obcięcie pazurków. Wenflon wyrwany, krew leci.
A więc kroplówka - podejście numer dwa. Tu już bez litości, asystentka złapała mooocno kota, ja oznajmiłam, że zaraz zemdleje, siadłam i już powoli odpływałam, głucho w uszach, gorąco i ciemno przed oczami, na szczęście już zdążyły panie podać tę kroplówkę i potem zajęły się mną <lol> <shock>
Wstyd mi niemiłosiernie było, takich pacjentów dziś panie miały.
Wróciłam do domu, patrzę, a mały ma jakąś gulę z boku, więc dzwonię, pytam, a się okazało, że to ta kroplówka, podskórnie podana, dlatego ta gula jest i ona zniknie za jakiś czas. Panikara ze mnie jak nie wiem!
Kocurek wygląda biednie, ale jest jakiś bardziej żywy, chodzi po pokoju, ogląda, myje tą gule, skacze po szafie <suchy>
Jeśli będzie normalnie jadł, to wizyta u weta już nie będzie potrzebna, więc proszę o kciuki na apetyt dla małego, bo drugiej takiej akcji ani ja ani kot nie chcemy :->
Proszę wybaczyć obszerną relację i dziękuję za dotychczasowe słowa wsparcia, miło, że ktoś tam nawet na drugim końcu Polski martwi się o kociaczka
