O, Estera, wielkie dzięki za zdjęcia
Tak, to moja kochana banda, chociaż dla chłopaków jestem tylko mamusią zastępczą. Ich pani musiała wyjechać na rok, może półtora ale ja z przyjemnością się nimi opiekuję, bo kocury są słodkie. Zuzia jest moja, przedtem mieszkała z dwoma innymi brytyjczykami ale to koty mojego syna, jak się wprowadziłam do mieszkania Weroniki to ona oczywiście ze mną. Zuźka ma ok. 12 lat, nie wiem dokładnie ile bo była wzięta ze schroniska, już pewnie wcześniej o tym pisałam. Na zdjęciach jest trochę nie w formie bo okazało się, że ma silny stan zapalny zębów, w jej wieku weterynarz zdecydował, że najlepiej je usunąć. Operację zniosła dobrze, bez zębów radzi sobie doskonale a w jakiej jest formie fizycznej <shock> sprawniejsza od dwuletnich kocurów, jak się bawimy wędką to jest od nich szybsza i zwinniejsza a w dodatku ustawia chłopaków, jak chce <lol> mimo, że jest od nich dwa razy lżejsza to oba kocury czują wobec niej respekt, tym bardziej, że czasem dostaną od niej łapą :-> na szczęście to prawdziwi gentlemani, żaden jej nigdy nie oddał, chłopaki jeśli się biją, to tylko między sobą. Faktyczne, Betuś, mogłaś jeszcze nie widzieć takiego kota bo Zuzia raczej nie jest rasowa, najbliżej jej, wnioskując po czterech śnieżnobiałych skarpetkach, do kota birmańskiego ale tak czy inaczej jet ładną kotką, wiek nie wpływa w żaden sposób na jej wygląd. Natomiast Bohuś i Sven są prawie w jednym wieku, mają dwa lata. Boho nie jest takim typowym, pyzatym brytyjczykiem, poszedł raczej w długość niż w masę <lol> jest największym indywidualistą z całej trójki, rzadko się przychodzi przytulać ale i tak oczywiście kocham łobuza z całego serca. O Sveniu wiele pisać nie będę, bo jaki jest, każdy widzi. Ideał, chodzący ideał zarówno pod względem wyglądu jak i charakteru. Spokojny, zrównoważony, mruczący kotek <serce> <serce> <serce>
Niestety, nie spędzam z nimi całego tygodnia, życie tak się ułożyło, że trzy dni w tygodniu jestem w interesach we Wrocławiu, wtedy mieszka z nimi mój osiemnastoletni siostrzeniec. Tęsknię za nimi bardzo ale nie ma wyjścia, ktoś musi zarabiać na ich puszeczki, wołowinkę i inne niezbędne rzeczy, padło na mnie. To na szczęście stan przejściowy, ich pani wróci do nich wcześniej czy później, ciekawe jak zniosę rozstanie? Bo jednak wpadanie w odwiedziny to nie to samo, widzę to po kotach mojego syna, mieszkaliśmy razem dwa lata a teraz jestem już dla nich kimś obcym

takie życie, ciągłe zmiany, muszę się dostosować ja, muszą i koty, damy radę. A już jutro znowu będziemy gościć Esterę, może będą nowe zdjęcia?
Pozdrawiamy wszystkie koty z forum i ich opiekunów, życząc aby żyło się Wam tak spokojnie i szczęśliwie jak nam <ok>