Przychodzę do pracy i słyszę jak coś ćwierka. Ćwierka, ćwierka i nie chce odlecieć. Drze ryja na okrągło, bez przerwy. Po pół godziny wkurw już taki, że idę przepłoszyć ptaszysko bo ocipieję. Idę na cuś co można nazwać... no takie malutkie podwórko, dosłownie 6-8 m2 przedzielone na pół płotem z siatki. Połowa tego podwórka kolegi, połowa sąsiada. Z trzech stron ściany, na środku siatka a za nią trzy ściany sąsiada - powietrze stoi w miejscu i jest ze 30 stopni Celsjusza. Nagle dostrzegam tę bidę. Nie mam pojęcia jakim cudem się tam znalazł. Zastanawiam się czy jakieś ptaszysko go czasem nie porwało i nie upuściło akurat na to podwórko bo NIE MA MOŻLIWOŚCI TAM WEJŚĆ.
Pędem po wodę ale nawet nie wiedział o co mi chodzi z tą miską.
Żywe srebro, niby nieporadny ale szybko umie się schować. Znalazłem starą szafkę i położyłem na ziemi na jej plecach. Niestety za niska i Gigant (tak go nazwałem bo znalazłem go gdy był gigancie

więc trzeba było sztukować ją jakimiś znalezionymi deskami itp. Potem musiałem owinąć szafkę folią stretch ale i tak się wydobywał więc miał zrobiony sufit z dwóch pustych skrzynek po pomidorach
McGyver przy mnie to życiowy nieudacznik
Piszczał i miauczał więc co jakiś czas brałem go na ręce - brudny, zaniedbany i na początku trzęsący się jak osika. No i oczywiście sweetfocia z heartbreakerem (o kocie mowa

).
Zadzwoniłem do TOZu i po jakimś czasie przyjechała przemiła pani, która go zabrała do schroniska. Kotek uratowany, będzie żył ale jak sobie przypomnę te oczy wpatrzone ufnie we mnie to nawet mi serce mięknie.
