Jestem zdruzgotana i załamana ... dopiero dziś, z ogromnym trudem, próbuję podzielić się z Wami tym co się stało.
Bezik odszedł ... w niedzielę 30.11.2008r, po drugiej operacji, (praktycznie były jedna po drugiej), wtedy to musiałam podjąć najtrudniejszą decyzję w moim życiu. Pozwolić mu żyć jeszcze jakiś czas, mimo dyskomfortu kroplówek, praktycznie skazać na śmierć głodową lub pozwolić mu spokojnie, bez dalszych cierpień zasnąć podczas drugiego zabiegu operacyjnego, którego czepiliśmy się desperacko bo była jeszcze szansa, że jeżeli nie będzie to duża zmiana, to może da się ją usunąć, będzie mógł dalej cieszyć się życiem. Niestety, mimo starań wspaniałego doktora okazalo się to niewykonalne. Ta wada, którą miał, była na długim odcinku i nie kwalifikowała się do wyoperowania.
Wszystko rozegrało się w niespełna tydzień, kiedy został zachwiany jego dotychczasowy system żywienia. Bezik był z Gastonem na krótkiej diecie z uwagi na niedyspozycję żołądkową - zatrucie pokarmowe (filet Sheba z puszeczki -zjadły go na pół). Podane leki i Intestinal zadziałały szybko. Niby wszystko wróciło do normy, ale podczas posiłków zaczęły się problemy. Odchodził w trakcie i się dławił tym co zjadł. Po chwili wszystko lądowało na podłodze. Potem to już były tylko badania ... krew, mocz, USG, wszystko bez zastrzeżeń. Dalej nie mógł jeść normalnie, dławił się. Dalsza diagnostyka na miejscu okazała się niemożliwa. Pojechaliśmy do Opola do kliniki weterynaryjnej dr Firlika. Zrobiono mu badanie endoskopowe i RTG, ale bez kontarstu z uwagi na użytą narkozę. Zadecydowali by go zoperować i ocenić stan Bezika od środka. Nic niepokojącego nie było, jedynie duża ilość gazów w jelitach. Umówiliśmy się za dwa dni na ponowny RTG, z kontrastem. To zdjęcie wyjaśniło już wszystko !
Diagnoza: wada przełyku (przełyk olbrzymi-ewenement u kotów), z wyraźną dużą kieszenią przechwytującą pokarm, uniemożliwiającą transport do żołądka, obecnie jedynie w śladowych ilościach. Jak wędrował on zanim się to zaczęło stanowi zagadkę. Lekarze stwierdzili, ze z taką wadą można żyć 2-3 miesiące. Bezik żył z nią ponad 7, praktycznie bez niepokojących przynajmniej dla nas objawów.
Wróciliśmy do domu załamani. Z naszego ślicznego skarbka zaczęło z godziny na godzinę uchodzić życie. Widząc naszą desperacką walkę o niego, lekarze zaproponowali nam (bez jakiejkolwiek gwarancji) jeszcze jedną operację. Opisałam ja na samym początku. Po niej już nie został wybudzony z narkozy, zasnął, a ja chciałam położyć się przy nim i zasnąć razem z nim

(((((. Był taki dzielny, mój kochany, śliczny skarbek. Od tygodnia żylismy w ogromnym stresie, teraz praktycznie nie możemy sie pozbierać. Ja nie mogę odżałować jego straty, ciągle płaczę, bo nie potrafię się z tym uporać, że go stracilam, po prostu nie chce mi się żyć. Tak bardzo mi go brakuje, nawet płacz nie daje ukojenia, pozostawił po sobie ogromna pustkę. Cały czas zadajmy sobie pytanie, dlaczego my, dlaczego on .... Bardzo, bardzo nam go brakuje