Dziękujemy za wszystkie kciuki i dobre myśli
Nadrabiam zaległości z kilku ostatnich dni...
Zafundowałam Yogusiowi gigantyczny stres (myślę że bez tabletek uspokajających polałaby się krew, nie dla tego że Yoguś ma jakąś agresywną naturę, tylko dla tego że jest potwornie niepewnym siebie kotkiem i jego strach był olbrzymi)
Od soboty działo się wiele, naprawdę można było się załamać. We wtorek pisałam o Wam "pierwszej jaskółce" nie chciałam zapeszać, ale jak na to patrzyłam to wiedziałam, że dzieje się "COŚ WAŻNEGO" mianowicie nasza kruszynka wykazała się dużą odwagą... Przyniosłam ze sklepu torby z zakupami i postawiłam w kuchni na podłodze momentalnie przybiegła Carmelka zobaczyć cóż ja tam ciekawego przyniosłam. Spenetrowała torby i poszła, chwilę później przyszedł Yoguś i tak sobie bardzo ostrożnie zaglądał do toreb (a ja w tym czasie z TŻtem jadłam obiad) i nagle widzimy kątem oka że Carmelka pewnym krokiem leci prosto do Yogusia (TŻet wystraszony kazał ją zabrać, a ja akurat tego dnia miałam postanowienie nieingerowania). Yogi zaczął warczeć, ona przystanęła następnie zrobiła kilka kroczków, on warczał coraz groźniej, ona znowu zrobiła kilka kroczków i znowu przystanęła i jak już była jakieś 70 cm. od niego (dzieliła ich tylko torba z zakupami) położyła się na podłodze, podwinęła łapki i mimo przerażających zachowań Yogusia nie uciekła - tylko chciała mu pokazać że z jej strony nic mu nie grozi (nigdy wcześniej nie był z nią tak blisko, wcześniej zachowywał dystans 3 m i uciekał, a tutaj nie miał gdzie uciec). Dzielna kocinka przyparła go do muru. Bardzo to mnie ucieszyło i miałam nadzieję, że od tego momentu coś się zmieni na lepsze. Faktycznie się zmieniło

ale na gorsze następnego dnia był dramat. Yoguś poczuł, że bariera odległości została już przełamana i zaczął łazić za Carmelką, jeszcze groźniej warczał i atakował ją - myślałam że się wykończę nerwowo, do godziny 15.00 chodziłam za nimi krok w krok bo bałam się że Yoguś coś zrobi maluszkowi. Dzięki Bogu około 15 koty poszły spać i miałam chwilę wytchnienia. Spały do 22.00 i jak już się wyspały znowu zaczęły za sobą łazić i tak do 1.00 w nocy, ale już widziałam zmianę nastawienia. Dalej na siebie syczały i powarkiwały, ale bardziej było widać zaciekawienie niż wrogość. Dzisiejszy dzień mogę wreszcie zaliczyć do udanych, pewnie że zdarza się że na siebie syczą, albo zamachną się na siebie łapami, ale jest prawie dobrze. Yoguś w końcu zaczął jeść, pić i wróciła mu ochota za zabawę. Carmelcia już się szarogęsi na Yogusiowym drapaku <mrgreen> nawet są nieśmiałe próby wspólnych zabaw (chociaż Carmelka jest jak błyskawica i Yoguś często się boi jej dzikich harców) ale nawet zdarza się czasami, że sam ją zaczepia, podbiega i ucieka <mrgreen> tylko ona jakoś nie chce go gonić. Do ideału jeszcze nam dużo brakuje, ale porównując do tego jak było jeszcze kilka dni temu, to już jest gigantyczny sukces <mrgreen> <mrgreen> <mrgreen>