Teściowie mają działkę - ale mało kto tam bywa ostatnio.
Wczoraj podjechaliśmy na działkę TZ ze szwagrem mieli w planach nurkowanie, a ja i Magda ( dziewczyna szwagra) chciałyśmy się poopalać. Weszliśmy do ogródka a pod stołem na tarasie dorodny kot - uciekł przed nami i nagle słyszymy miau, miau, miau - kot pod drzewem siedzi ale pyś ma zamknięty. To nie on. A miau coraz głośniejsze dobiega z altanki <strach>
Otwarliśmy domek a ze środka wybiegł nieduży, wychudzony kotek.
Szybko nalałam mu naszej wody mineralnej do miski - pił, pił i pił . Podjechaliśmy do sklepu po jedzenie i po trochu dawaliśmy na talerzyk.
Na działce ostatnio był szwagier z dziewczyną ( 2 tygodnie temu) i albo kot wszedł im do domku i nie zauważyli albo dostał się tam przez okienko w łazience które później się przymknęło i nie mógł się wydostać.
Biedaczek był wychudzony maksymalnie. Magda przerażona z ogromnym poczuciem winy
Koteczek był młody - czarny jak smoła i z zielonymi oczkami. Towarzyszył nam całe popołudnie na działce polegując w słoneczku.
A my sprzątałyśmy domek - kotek wywalił z półki nasiona traw i zrobił sobie tam prawdopodobnie kuwetę, parę niespodzianek było też na science i w łazience.
Nie chce myśleć co ten zamknięty kot przeżywał <shock> i wole nie wiedzieć ile tam siedział.
W altance w miseczce były psie chrupki a w zlewie szklanki i talerze zalane wodą. To go chyba uratowało.
Jest mi smutno,że coś takiego spotkało ta kocinkę akurat u nas










